ZALEŻAŁO MI NA ODCZAROWANIU PROBLEMU DEPRESJI, UWOLNIENIU OD POCZUCIA WSTYDU. Rozmowa z Żanetą Pawlik

Z ŻANETĄ PAWLIK, autorką powieści obyczajowej „Tamarynd. Marząc o lepszym jutrze”, rozmawia Stanisław Bubin

ŻANETA PAWLIK. Fot. Patrycja Mazurek / Foto Styl Studio

Proszę zdradzić, co działo się w pani życiu pomiędzy debiutancką powieścią „Mowy nie ma!” a tą nową, która otrzymała tytuł „Tamarynd”? Było jak wcześniej, nim została pani pisarką, czy jednak coś się zmieniło, trzeba było przewartościować parę rzeczy, pozmieniać plany, podporządkować dotychczasowe zajęcia pisaniu?

Już przy pierwszej książce zmieniłam organizację dnia i przewartościowałam pewne sprawy. Ciepłe przyjęcie „Mowy nie ma!” umocniło mnie w przekonaniu, że droga pisarska, na której znalazłam się trochę z przypadku, służy mi. Nawiązując współpracę z wydawnictwem zyskałam też przekonanie, choć nie pewność, że skoro zainteresowałam Zysk i S-kę swoją pierwszą książką, z drugą może być podobnie. Pozytywne myślenie sprawiło, że praca przychodziła z większą niż za pierwszym razem lekkością. Nie czułam presji, nie zadawałam pytań o sens. Bo nie ma nic gorszego niż zadręczanie się nawracającymi wątpliwościami. Wyraźnie określiłam cel i konsekwentnie rozplanowałam pracę.

Interesują mnie kulisy procesu twórczego, towarzyszącego „Tamaryndowi”. Czy od początku, od narodzin pomysłu, chciała pani nadać książce symboliczny tytuł? I czy podtytuł „Marząc o lepszym jutrze” był konieczny, bo odnoszę wrażenie, że jest trochę publicystyczny. Taki… kawa na ławę?

Dziękuję, że zwrócił pan uwagę na symbolikę. Tak, tytuł nie jest przypadkowy, bezpośrednio nawiązuje do fabuły. Zresztą, genialnie ujął pan to w słowa, pisząc recenzję. Wiele osób pyta, czym jest ów tamarynd, a co bardziej dociekliwi szukają odpowiedzi w sieci, jeszcze zanim dane im będzie przeczytać książkę. Zaraz potem pojawia się kolejne pytanie o smak. A ja nie mam zielonego pojęcia, jak smakuje miąższ, bo mimo że odwiedziłam Indie i kosztowałam tamtejszej kuchni, zjawiskowej zresztą, o istnieniu tamaryndowca wówczas nie wiedziałam. Poza tym historia Anki i Jadźki wyraźnie pokazuje, że trzeba szukać gdzie indziej. W niedosłowności, w stanach emocjonalnych. Podtytuł został wykreowany przez wydawnictwo. Ukłon w stronę czytelników, którzy potrzebują precyzji. Stanowi dopełnienie, poza tym pięknie komponuje się z grafiką. Jeśli zmrużyć oczy, ginie między łodygami maku. Dookreśla, czego możemy się spodziewać po bohaterach. Nie są zakotwiczeni w tu i teraz, czegoś pragną. Przysłowiowe „jutro” jest jak rozliczenie z przeszłością, zabliźnienie ran i próba bycia szczęśliwym w nowej odsłonie. Na ile im się to udaje, niech ocenią czytelnicy.

Jednym z głównych, choć na pierwszy rzut oka niewidocznych bohaterów powieści jest depresja. Na rozmaite stany lękowe, psychiczne, związane z tą groźną chorobą społeczną cierpią także niektóre postaci z książki. Jak to się stało, że postanowiła pani zwrócić uwagę na ten ważny problem? Kto panią zainspirował?

Inspiracja bardziej kojarzy mi się z czymś wielkim, górnolotnym, tymczasem chorzy na depresję często nie mają siły wstać z łóżka. Depresja jest dziś uznawana za chorobę cywilizacyjną, a statystyki mówią, że dotyka co czwartą osobę na świecie. A skoro tak, może dotyczyć naszych bliskich, kolegów z pracy, sąsiadów. W moim otoczeniu znajdują się osoby, którzy borykały się z zaburzeniami nastroju i emocji, korzystały z pomocy psychologicznej, były pacjentami szpitali psychiatrycznych. Jako osoba odwiedzająca oddział szpitalny miałam okazję rozmawiać z personelem, analizować rozkład dnia, konsultować jeden przypadek ze specjalistą. Szczęśliwie występowałam z poziomu obserwatora, choć uwikłanego emocjonalnie. Dlatego nie było konieczności przeprowadzania reaserchu w tej materii. Zależało mi na odczarowaniu problemu, uwolnieniu od poczucia wstydu, jaki odczuwają niektórzy w związku z chorobą i leczeniem. Skłonieniu do skorzystania z pomocy specjalistycznej, konsultacji z psychologiem, psychiatrą.

Ludzie piją, wypijają morze alkoholu. Zagadnienia dotyczące choroby alkoholowej również zajęły dość istotne miejsce w książce. Nie uchyla się pani od takich zagadnień, nie lukruje rzeczywistości, pokazując, że piją przedstawiciele wszystkich środowisk, na przykład policjanci. Ma to swoje konsekwencje. W obu pani książkach świat nie jest taki piękny, jak się niektórym wydaje. Na jakich obserwacjach i doświadczeniach opiera pani fabułę swoich książek? Czy w ten sposób realizuje się jakaś społeczna misja?

Świat jest taki, jakim go sobie uczynimy. Otwarte pozostaje pytanie o naszą sprawczość i doświadczenie wynikające spoza nas, od kogoś w rodzaju siły wyższej, jakkolwiek ją rozumiemy. Dla mnie zagadką pozostaje, na ile moje prawdziwe ja jest wynikiem kombinacji genów, sposobu wychowania, uwarunkowań kulturowych, procesu edukacji. Do którego miejsca jestem nienaruszalna, a na co mam realny wpływ.

Ludzie piją, ale nie wszyscy nałogowo. Specjaliści do dziś nie znaleźli odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że jedni się uzależniają, a inni mają szczęście sięgać po trunek bez negatywnych konsekwencji, jeśli nie liczyć bólu głowy kolejnego dnia. Najmniejsze wątpliwości należy konsultować w poradni, u psychologa, terapeuty. W tym celu niepotrzebny jest zasobny portfel, bo terapię alkoholową, rozłożoną na lata, można odbyć w ramach refundacji przez NFZ. Śmiem twierdzić, że osoby bagatelizujące problem mogą być zagrożone. Alkoholizm opiera się na mechanizmie iluzji i zaprzeczeń, więc twierdzenie, że przecież ja tylko okazjonalnie sięgam po kieliszek (a że tych okazji jest pięć w tygodniu to już nie dopowiem), przecież się nie upijam, wszystko jest dla ludzi, żona mnie zdenerwowała, więc musiałem, ciężko pracuję, to mi się należy itp. predysponuje taką osobę do odwiedzenia poradni. Nie chcę przekraczać swoich kompetencji, bo jestem autorką książki, nie psychologiem, terapeutą. Bazuję na doświadczeniu obcowania z ludźmi, którzy poddali się terapii i są niepijącymi, trzeźwymi alkoholikami. To również pragnę podkreślić, bo można nie pić, a nadal nie wytrzeźwieć. Alkoholik w potocznym rozumieniu utożsamiany jest z pijakiem żebrzącym pod sklepem, śpiącym pod parkową ławką. To nie jest prawda! Alkoholicy wysoko funkcjonujący pozornie niczym się nie wyróżniają. Wypełniają obowiązki zawodowe, rodzinne, ale do czasu. Ich życie koncentruje się na piciu, podporządkowują mu wszystko. Kwestią czasu pozostaje, kiedy znajdą się pod tą wspomnianą ławką. Chyba że wcześniej zapiją się na śmierć, bo alkoholizm jest chorobą śmiertelną. Samobójstwem rozłożonym w czasie.

Jestem dumna z moich kolegów i bliskich, którzy zawalczyli o siebie. Publicznie nie wskazuję ich palcem, bo mają prawo do prywatności i ja to szanuję, ale będąc w zaufanym gronie, wypowiadam się o nich z dumą. Otrzymałam propozycję pojawienia się z „Tamaryndem” w studiu telewizyjnym pod warunkiem, że przyprowadzę ze sobą alkoholika. Zadeklarowano zasłonięcie twarzy i zmianę głosu, żeby nie narazić tej osoby na nieprzyjemności w jej środowisku. To pokazuje, że jako społeczeństwo większą wagę przykładamy do czyjegoś upadku, minimalizując wysiłek, jaki ktoś musiał włożyć w to, żeby powrócić do zdrowego, świadomego życia. Nie będę się lansować na cudzym nieszczęściu. Jeden z kolegów zauważył, że gdyby miał wystąpić na szklanym ekranie, to nie jak przestępca z paskiem na oczach, ale z otwartą przyłbicą. Niestety, obawy o nieprzyjemne reperkusje w miejscu pracy na to nie pozwoliły.

Jest pani mieszkanką Górnego Śląska, lecz wychowała się w Zagłębiu. I wiem, że nie lubi pani mówić o pochodzeniu, bo nie miejsce narodzin określa charakter i wartość człowieka. Ten wątek jest jednak zasygnalizowany w „Tamaryndzie”. Animozje na linii Katowice-Sosnowiec wciąż istnieją. Pani z tym nie ma problemu, inni tak. Może mogłaby na ten temat powstać kolejna powieść? Żeby warszawiacy nie mówili w telewizji o „Ślązakach z Sosnowca” (autentyk z Familiady)?

Wydaje mi się, że jednak mam problem, bo ten temat wraca do mnie bardzo często, a ja się zapalam do dyskusji. Skoro nie umiem rozmawiać bez emocji, niewątpliwie coś jest na rzeczy. Prawie trzydzieści lat mieszkam na Śląsku, niektórzy się śmieją, że zostałam naturalizowana. Nie mam problemu z mówieniem, skąd pochodzę, ale nie widzę też powodu, żeby to akcentować. Świat się otwiera, granice zacierają, po co tworzyć sztuczne podziały? Jestem Europejką, kocham podróże i poznawanie odrębnych od naszej kultur. Odmienność nie jest ani gorsza, ani lepsza, raczej interesująca. Stoję w rozkroku, jedną nogą na Śląsku, drugą w Zagłębiu. I czuję, że mam mocne oparcie. Jeśli wyprę się pochodzenia, to tak jakbym się wyparła własnych rodziców. Ale pokochałam Śląsk, tu się czuję dobrze, bezpiecznie, tu jest mój dom. Ojciec mojego męża, który miał za sobą wojenne doświadczenia pobytu w obozach jenieckich, powtarzał, że nie ma złych i dobrych narodów. Są tylko źli i dobrzy ludzie. I ja sobie tę sentencję zapamiętałam i przyswoiłam. Nie wiem, czy napiszę książkę, w której tematem przewodnim będą animozje na linii Śląsk-Zagłębie. Nie wykluczam, na razie jednak nie mam podobnych planów.

Zasadniczo akcja powieści toczy się w Katowicach, ale pojawiają się sekwencje związane z Hamburgiem i New Delhi. Główna bohaterka, Anka, porusza się w trójkącie Polska-Niemcy-Indie, przy czym Indie to kraina magiczna, wymarzona, egzotyczna. Czy każdy z nas powinien tęsknić za takim swoim rajem na ziemi i realizować pozornie niedościgłe plany?

Podczas jakiegoś szkolenia w pracy mieliśmy za zadanie przeprowadzić rozmowę ze sobą tak, żeby jak najwięcej się o sobie dowiedzieć i potem zaprezentować pozostałym uczestnikom. Pamiętam, że padło pytanie o marzenia. Odpowiedziałam bez zająknięcia, po czym mój rozmówca powtórzył pytanie. Moje wątpliwości skwitował bardzo dosadnie: to są plany, a ja cię pytam o marzenia. Konkluzja, do jakiej doszłam, jest smutna. Chyba nie mam marzeń… Gdyby doszukiwać się optymistycznego wydźwięku, powiedziałabym, że ja swoje marzenia spełniam. Chyba każdy za czymś tęskni, pragnie. Sęk w tym, że jeśli to osiągnie, rodzi się pustka, którą trzeba zapełnić kolejnym chciejstwem. I tak w nieskończoność. A wymyślanie niedościgłych planów mija się z celem, bo wówczas skazujemy się na przegraną już na starcie. Czy nie filozofuję za bardzo (śmiech)? Mimo wszystkich wątpliwości życie bez marzeń byłoby smutne. To już lepiej złapać króliczka i rozejrzeć się za kolejnym. Ale nie mam patentu na szczęście – to, co być może przysłuży się jednym, nie zadowoli innych. Intuicja jest takim magicznym kluczem, warto się na nią zdać.

Mówi się, że żadna praca nie hańbi, lecz w pani książce pojawia się wątek brudnych pieniędzy, choć uczciwie zarobionych i szlachetnie wydanych. Czy na Śląsku kwestia wyjazdów „do Rajchu”, „na saksy”, jest wciąż tak istotna? Ludzie chcą wiedzieć, skąd inni mają euro i czy forsę zarobili uczciwie? Nadal podejrzewa się młode kobiety, że pracują w „najstarszym zawodzie świata”?

Pojęcia nie mam! Zaryzykuję twierdzenie, że problem nie istnieje. Chyba jako społeczeństwu żyje nam się już naprawdę dobrze, a jeśli komuś zazdrościmy, to w najgorszym wypadku kupujemy na kredyt lepszy samochód niż ma sąsiad. Trywializuję, wiem, ale naprawdę zastanawiam się nad pana pytaniem i nie potrafię się do niego lepiej odnieść. Jeśli nawet podobny problem istnieje, to ja się z nim nie zetknęłam.

Tamarynd” ma konstrukcję otwartą, na końcu nie dowiadujemy się, co było dalej z bohaterami, czy przeszłość ich dogoniła, czy w przyszłości ułożyli sobie życie i kochali się długo i szczęśliwie. Każdy musi sobie dopowiedzieć, co myśli? I uwierzyć, że miłość Anki i Franka dopełniła się w Indiach pod drzewem tamaryndowca. Jakie ma pani, pisarka, dalsze oczekiwania względem swoich bohaterów? Wierzy pani w happy end po sporej dawce surowego, twardego życia?

Pewnie, że wierzę. Dlaczego miałoby być inaczej? Tylko, widzi pan, wszystkie bajki, mające zakończenie „żyli długo i szczęśliwie” dobiegają finału, za którym jest jakiś ciąg dalszy, ale nam nie jest dane być świadkami kolejnych przygód. Nie ma znaczenia, w którym momencie przerwałabym fabułę, bo zawsze wydarzyłoby się coś jeszcze. I jestem pewna, że mielibyśmy do czynienia z wielobarwną mozaiką. Nie zawsze do autora należy ostatnie słowo, czytelnik jest mądry i tę mądrość należy uszanować.

Żaneta Pawlik, Tamarynd. Marząc o lepszym jutrze. Zysk i S-ka Wydawnictwo (www.zysk.com.pl), Poznań 2023. Stron 376, oprawa miękka ze skrzydełkami. Premiera 28 marca 2023. Powieść pod patronatem medialnym portalu LADY’S CLUB.

I na koniec, oczywiście, tradycyjne pytanie: czym nas pani zaskoczy w trzeciej książce? Nad jaką powieścią postępują teraz prace?

Jestem już dwie książki dalej, a niebawem siadam do spisania historii ludzi, mających świadomość upływającego czasu. Obecnych w tu i teraz, bo marzenie o lepszym jutrze, że nawiążę do tego, o czym dziś rozmawialiśmy, w ich wypadku trochę jest pozbawione sensu. Najbliższa książka, nad którą trwają prace redakcyjne, opowiada historię cenionej aktorki, która marzy o tym, by choć na chwilę zniknąć w cieniu, stanąć poza światłem reflektorów. Czy te dwa światy da się ze sobą połączyć? Przekonamy się niebawem.

Dziękuję za rozmowę.

Serdecznie dziękuję za zaproszenie do rozmowy i wnikliwe pytania.

KONKURS CZYTELNICZY

Dzięki uprzejmości Zysk i S-ka Wydawnictwa (www.zysk.com.pl) ogłaszamy dla Czytelników LADY’S CLUB konkurs, w którym można zdobyć 5 egzemplarzy książki Żanety Pawlik „Tamarynd. Marząc o lepszym jutrze”. Otrzymają je ci z Państwa, którzy pierwsi odpowiedzą na pytanie: Jakie przesądy hinduskie związane są z drzewem tamaryndowca? Odpowiedzi wysyłajcie na adres: redakcja@ladysclub-magazyn.pl.

REGULAMIN

1. Nagrodę w konkursie stanowi 5 książek Żanety Pawlik „Tamarynd. Marząc o lepszym jutrze”, ufundowanych przez Zysk i S-ka Wydawnictwo.

2. Rozdanie przewiduje 5 zwycięzców – każdy z nich otrzyma po jednym egzemplarzu książki.

3. Rozdanie trwa od 30 marca 2023 roku do wyczerpania nagród.

4. Do rozdania można zgłosić się tylko raz.

5. Zadanie polega na udzieleniu odpowiedzi na pytanie: Jakie przesądy hinduskie związane są z drzewem tamaryndowca?

6. Spośród nadesłanych odpowiedzi redakcja wyłoni 5 zwycięzców.

7. Wyniki zostaną ogłoszone pod wywiadem z autorką na stronie LADY’S CLUB.

8. Zwycięzcy mają 3 dni na przesłanie na adres redakcja@ladysclub-magazyn.pl swoich danych do wysyłki nagrody drogą pocztową; w przypadku braku takiej informacji w wyznaczonym czasie zostanie wybrana kolejna osoba.

ROZWIĄZANIE KONKURSU. Pytanie: Jakie przesądy hinduskie związane są z drzewem tamaryndowca? Odpowiedź. Liście i korzenie tamaryndowca zawierają glikozydy: witeksynę, izowiteksynę, orientynę i izoorientynę. W związku z tym liście (a także kwiaty) tamaryndowca są przydatne jako zaprawa w farbowaniu. Żółty barwnik pochodzący z liści barwi wełnę na czerwono i zmienia kolor jedwabiu, barwionego na indygo, w zielony. Liście tamaryndowca, gotowane we wrzącej wodzie, są używane do wybielania liści palmy buri (Corypha elata Roxb.) w przemyśle kapeluszniczym. Liście to również powszechna ściółka do nasadzeń tytoniu. Agresywne właściwości fizykochemiczne liści powodują, że niewiele roślin może rosnąć pod drzewem tamaryndowca. Powstał stąd stary hinduski przesąd, że spanie (lub przywiązywanie konia) pod nim jest wielce szkodliwe, prawdopodobnie ze względu na żrący wpływ opadłych liści na tkaniny ubrania. Niektórzy uważają również, że drzewo to jest miejscem zamieszkania boga deszczu. Kora tamaryndowca wraz kukurydzą jest podawana ptactwu domowemu w przekonaniu, że jeśli zabłądzi lub zostanie skradzione, samo wróci do domu (o ile wcześniej nie zostanie zjedzone). Korę tamaryndowca i owoce podaje się także słoniom, żeby stały się mądre. Książki otrzymują: 1) Czesława Chmielec, Wąbrzeźno; 2) Emilia Mucha, Kamień Pomorski; 3) Krystyna Rozwada, Jastrzębie-Zdrój; 4) Antoni Jagieła, Tychy; 5) Mirosława Hofman, Skoczów. (Wpis z 4.04.2023)

Napisano w Pan Book

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress