ŻADNA PRZEGRANA NIE JEST DEFINITYWNA. Recenzja

STANISŁAW BUBIN

Tytuł „Jutro, jutro i znów jutro” (po angielsku „Tomorrow, and Tomorrow, and Tomorrow”) jest początkiem trzeciego zdania ze słynnego monologu Makbeta w tragedii Williama Szekspira, wypowiadanego w scenie V aktu V, gdy bohater dowiaduje się o śmierci żony. Z jego oracji wynika, że życie jest tylko przedstawieniem teatralnym, które prędzej czy później musi skończyć się śmiercią. Dla niego nic już się nie liczy. Amerykańska pisarka Gabrielle Zevin napisała ekscytującą książkę o przyjaźni, miłości, żalu, śmierci i… tworzeniu gier komputerowych. A czym jest gra? – pyta jeden z bohaterów książki. – To jutro, jutro i znów jutro. To możliwość nieskończonego odradzania się, nieskończonego odkupienia. Idea, że jeśli będziesz dalej grał, możesz wygrać. Żadna przegrana nie jest definitywna, bo nic takie nie jest.

Gabrielle Zevin, Jutro, jutro i znów jutro (oryg. Tomorrow, and Tomorrow, and Tomorrow). Zysk i S-ka Wydawnictwo (www.zysk.com.pl), Poznań 2023. Stron 512, oprawa miękka ze skrzydełkami. Przekład Marta Faber. Premiera 21 marca 2023.

W 1986 roku 11-letnia Sadie Green odwiedza szpital dziecięcy, w którym jej siostra Alice dochodzi do siebie po raku. Tam zaprzyjaźnia się z pacjentem po wypadku samochodowym, 12-letnim Samem Masurem, chłopcem o koreańsko-żydowskim pochodzeniu, który ma ciężko kontuzjowaną stopę. Łączy ich miłość do gier wideo. Przyjaźń obojga uległa jednak zerwaniu po tym, jak Sam odkrył, że Sadie zaliczała wizyty w szpitalu, żeby wypełnić przyrzeczenie przed bat micwą, rytuałem osiągnięcia pełnoletności dziewczynek według prawa żydowskiego. Wiele lat później spotykają się ponownie, uczęszczając do college’u w Bostonie. Sam Masur wysiada z wagonu metra i w tłumie podróżnych dostrzega Sadie Green. Wykrzykuje jej imię. Dziewczyna udaje, że nie słyszy wołania, lecz w końcu odwraca się i… następuje początek ich nowej, życiowej gry. Sam jest zachwycony grą Solution, opracowaną przez Sadie. Proponuje jej, żeby wspólnie zaprojektowali nową grę z pomocą Marxa, jego bogatego japońsko-koreańskiego współlokatora, i Dova, instruktora Sadie. Pożyczają pieniądze i tak powstaje światowy hit, wizjonerska gra Ichigo.

Sam i Sadie – dwoje dotąd oddanych sobie, wiernych przyjaciół – stają się partnerami biznesowymi w świecie projektowania gier wideo. Sukces zaskakuje ich, przynosi nie tylko sławę i radość, ale też pieniądze. Muszą sobie ułożyć teraz wszystko na nowo, pogodzić pracę, przyjaźń, rodzinę i miłość, a jak wiadomo – takie życiowe puzzle są zwykle najtrudniejsze. Świat leży u ich stóp, a oni są młodzi, genialni, bogaci i sławni. To jednak nie jest tarcza, która obroni ich przed przerostem twórczych ambicji i kryzysem uczuć.

„Jutro, jutro i znów jutro” Gabrielle Zevin ukazuje istotę dojrzewania i emocjonalnej tożsamości, lecz przede wszystkim potrzebę więzi – bycia kochanym – czego nie można otrzymać przez zimny, nieczuły monitor komputera ani zastąpić kolejnymi, coraz lepszymi grami. Powieść doskonale obrazuje kruchość miłości i potęgę kreatywności. Być może pierwiastki technologiczne mogą w pierwszej chwili zniechęcić niektórych czytelników do lektury (ale na pewno nie komputerowców!), to jednak namawiam wszystkich do czytania, bo książka Gabrielle Zevin doskonale odzwierciedla dzisiejszy świat i dominację języka IT we wszystkich dziedzinach życia. Ta historia nie jest standardowym romansem, lecz tym ciekawiej się ją czyta, bowiem autorka doskonale ukazała pasję tworzenia gier wideo i problemów świata realnego, których nie da się rozwiązać metodami świata wirtualnego. W grze komputerowej bohater zabity na jednym poziomie, może odrodzić się na innym – jednakże w życiu tak nie jest, śmierć jest nieodwracalna. Podobnie zranionych uczuć nie można zasklepić czy uleczyć, jak w komputerze, przeskokiem na wyższy level. Co ciekawe, autorka – świetnie obeznana w świecie gier (jej rodzice pracowali w IBM) – daje nam wyraźnie do zrozumienia, że fikcyjne światy wirtualne, bajkowe, dynamiczne, szybkie, zaskakujące, nie są tak trudne do ogarnięcia i tak skomplikowane, jak relacje między ludźmi w świecie rzeczywistym. I nie da się przenieść ludzkich uczuć, pasji i marzeń wprost do wideo. Dlatego ta książka o przyjaźni i miłości, a także o rozczarowaniach i kłopotach, o tragediach przy wchodzeniu w dorosłość, jest taka prawdziwa. „Jutro, jutro i znów jutro” ma wiele znaczeń. Przyjemnie się czyta o młodych, utalentowanych ludziach i ich sukcesach w świecie biznesu, ale to tylko zewnętrzna warstwa tej opowieści. Jest to również książka o cenie, jaką niekiedy trzeba za to zapłacić, o pokonywaniu przeszkód, słabości i własnych ograniczeń. I o próbie wytrzymałości uczuć, gdy do partnerskiej wspólnoty Sadie i Sama włącza się ten trzeci – Marx, z którym trzeba się podzielić przyjaźnią i miłością.

Po przeczytaniu łatwo zrozumieć, dlaczego powieść zdobyła tyle nagród i wyróżnień, i dlaczego amerykańscy filmowcy stanęli do wyścigu o prawo do jej zekranizowania. Nie mamy tu do czynienia wyłącznie z realizacją marzeń i sukcesami rynkowymi, z narodzinami miłości, ale też z traumą po śmierci bliskiej osoby, a także typowo amerykańskimi problemami rasy, tożsamości kulturowej, etniczności, przezwyciężania uprzedzeń i stereotypów. Autorka, sama wychowana w kręgu kulturowej wieloetniczności (matka Koreanka, ojciec amerykański Żyd), opowiada o tych zagadnieniach bez emocji, nienachalnie, spokojnie, delikatnie, wręcz subtelnie, zwyczajnym prostym językiem. Może dlatego ta wyjątkowa książka tak wzrusza i zachwyca. Nie uwierzycie, ile wrażeń może budzić wnikliwie opisany proces projektowania gry, szczególnie takiej jak Ichigo, inspirowanej słynnym obrazem japońskiego artysty Katsushiki Hokusai’ego „Hyakujin Ichigo” – gry, w której można uciec od ograniczeń ciała i zdrady serca, gdzie śmierć oznacza tylko szansę ponownego uruchomienia akcji i dalszej gry.

W swoim (naszym) niedoskonałym świecie Sam i Sadie zbudowali wiele doskonałych światów, w których odnajdują prawdziwą intymność – tę, która powoli wymyka im się w rzeczywistości. Powieść jest zarówno wciągającą rozrywką o tym, co pojawia się po wielkim sukcesie (pieniądze, dwulicowość, zdrada, tragedia), jak i ciekawym kompendium wiedzy na temat poważnej sztuki – z odniesieniami do Homera, Szekspira, poetki Emily Dickinson i Murakamiego. Takiej książki jeszcze u nas nie było!

***

GABRIELLE ZEVIN, autorka Jutro, jutro i znów jutro.
FOT. HANS CANOSA

PONIŻEJ FRAGMENT KSIĄŻKI „JUTRO, JUTRO I ZNÓW JUTRO”, KTÓRA 21 MARCA 2023 UKAZAŁA SIĘ W POLSCE NAKŁADEM ZYSK I S-KA WYDAWNICTWA W TŁUMACZENIU MARTY FABER.

(…) W pierwszym tygodniu lipca Sam otrzymał od Marxa e-mail. Przyjaciel wracał wcześniej ze stażu: Masurze, Mistrzu Lochów, wracam z Londynu w sobotę. Staż porażka – wyjaśnię Ci później. Jeśli to satysfakcjonuje Ciebie i pannę Green, chciałbym spać na kanapie. Mogę też załatwiać różne sprawy, które trzeba załatwić, i generalnie jako „producent” (ha, ha) ułatwić wam pracę. Zrobiliście duże wrażenie na tacie. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć, jak idzie wam praca nad grą. Macie już tytuł? Marx, poziom 9 Paladin.

Sam powiadomił Sadie, że Marx przyjeżdża w sobotę. Nie była zadowolona.

– Nie możesz go poprosić, żeby nie wracał? – spytała.

– Nie. To jego mieszkanie.

– Wiem, dlatego jest współproducentem. Czy to, że będzie z nami mieszkał, oznacza, że nie musimy już go uwzględniać?

– Nie.

– W końcu złapaliśmy dobry rytm pracy.

– Marx jest niesamowity. Może nam pomóc.

– Niby w czym? – Z tego, co Sadie wiedziała, Marx był przystojnym, bogatym dzieciakiem o wielu zainteresowaniach i niewielu umiejętnościach. W Crossroads, gdzie chodziła do liceum, połowa chłopaków z jej klasy była taka jak Marx.

– We wszystkim, czego sami nie robimy. Zobaczysz. Jest pomysłowy i zaradny, jeśli do takich rzeczy go zaangażujemy.

Sprawa była przesądzona. Sadie z powrotem zabrała się do pracy.

Zrobili ogromne postępy w opracowywaniu nadal bezimiennego dziecka. Sam wymyślił ubranie: długa sportowa koszulka ojca noszona jako sukienka; drewniane klapki. Uzgodnili też gładkie, obcięte na pazia włosy, które podobały się im zarówno pod względem estetyki, jak i praktyczności. Fryzura będzie jak najbardziej minimalistyczna na skomplikowanym, inspirowanym Hokusaiem tle gry.

Po uzgodnieniu wyglądu dziecka Sadie zajęła się doskonaleniem tego, jak postać ma się poruszać. Chciała, aby dziecko chodziło sprężyście i jego chód nie do końca był kontrolowalny, tak jak gdy kaczątko kroczy za matką. W dokumencie dotyczącym projektu napisali: Ciało dziecka porusza się tak, jak ciało może się poruszać, gdy jeszcze nie poczuło bólu ani nie napotkało na koncepcję bólu. Och, te ambicje dokumentów projektowych!

Sadie poświęciła kilka dni na opracowanie chodu dziecka. Dała postaci drobne, szybkie kroczki, które zostawiały ptasie, zanikające ślady. Było lepiej, ale zadowoliła ją dopiero nielinearność chodu dziecka, które zawsze, nawet gdy gracz prowadził je naprzód, robiło kilka niezbornych, nieśpiesznych kroczków w bok.

Pokazała pracę Samowi.

– Fajnie. – Poruszał figurką dziecka po ekranie. – No ale to ja. Ja tak chodzę.

– Nieprawda.

– Chodzę dużo wolniej, ale gdy chcę iść do przodu, to i tak poruszam się na bok. W liceum jeden dupek nazywał to powłóczeniem nogami Sama.

– Nie znoszę dzieci. Nigdy nie będę ich miała – zaperzyła się Sadie. Wzięła od Sama klawiaturę. Poprowadziła dziecko po ekranie. – Okej, chodzi trochę jak ty – przyznała. – Daję słowo, że gdy nad tym pracowałam, nie miałam na myśli ciebie.

Nagle do Sadie dotarły dźwięki wybuchów.

– Co to? – Przykucnęła, a Sam podszedł do okna. W oddali widać było fajerwerki. Oboje zapomnieli, że to czwarty lipca.

Gdy Marx wrócił, pokazali mu wersję demo pierwszego poziomu gry.

– Nie jest skończona – wyjaśniła Sadie. – Nie ma dźwięku ani światła, ale zobaczysz, o jaki wygląd nam chodzi i jak będzie się grało. Jeszcze nie zaczęłam robić sztormu.

Sam podał Marxowi sterownik. Na ekranie było dziecko w wodzie. Wokół unosiły się szczątki. Choć Marx był doświadczonym graczem, załapanie, jak sterować ruchami, zajęło mu trochę czasu. Prowadzone przez niego dziecko kilka razy zginęło.

Wyzwanie na pierwszym poziomie Ichigo polegało na dotarciu do brzegu, tak, by po drodze nie utonąć, i na chwyceniu wiaderka i łopatki. Częściowo była to gra zręcznościowa – należało rozpracować sposób poruszania kontrolkami, aby dziecko płynęło – a częściowo przygodowa gra akcji. Świat był całkowicie immersyjny: wskazówek było niewiele i żadnych napisów. W końcu Marx dotarł na plażę. Zobaczywszy, jak dziecko się porusza, krzyknął rozradowany:

– To mały Sam!

– Proszę, nie nazywaj go tak – błagała Sadie.

– A nie mówiłem… – Sam zwrócił się do Sadie.

Marx prowadził postać po plaży.

– Jeszcze nie ma drugiego poziomu – przestrzegła go Sadie.

– Chcę tylko zobaczyć, jak mały Sam wygląda od tyłu.

– Proszę, przestań je tak nazywać.

– A co oznacza czternastka z tyłu koszulki małego Sama? – spytał Marx.

– Nic – odpowiedział Sam. – Ulubiona gwiazda sportu jego ojca ma taki numer czy coś w tym stylu. Jeszcze nie zdecydowaliśmy.

– Juu-yon – rzucił Marx.

– Co to takiego? – spytał Sam.

– Czternaście po japońsku – wyjaśnił Marx. – Mówiłeś, że dzieciak nie ma imienia, prawda? Może ze względu na numer z tyłu koszulki ktoś zwraca się do niego Juu-yon.

– Niezłe – stwierdził Sam.

– To nie jest on, tylko ono i nie podoba mi się to imię, bo brzmi jak Żyd – powiedziała Sadie. – Z oczywistych powodów dla amerykańskich graczy będzie to dziwne.

– A może Ichi Yon? To znaczy jeden cztery. Może dzieciak nie umie liczyć powyżej dziesięciu, więc nie zna jeszcze słowa czternaście – podsunął Max.

Sadie skinęła głową.

– Prawie mi się podoba. Jest tylko nie dość dynamiczne.

– Wiesz, co mogłoby być lepsze od czwórki? Może jeden pięć? Ichi Go. Dzieciak ma na imię Ichi Go – powiedział Marx. – Może tak zatytułujecie grę? Ichigo znaczy też truskawka.

– Ichigo. Go jest dynamiczne. Dalej, dalej, Ichigo – Sam próbował brzmienia nazwy.

– Przypomina mi motyw ze Speed Racera – powiedziała lekceważąco Sadie.

– Tak, ale to dobrze – stwierdził Sam.

– Rzecz jasna, wy decydujecie – powiedział Marx. – Ja nie jestem projektantem.

Sadie się zastanawiała. Nie była zadowolona, że Marx, do którego już czuła niechęć, właśnie wymyślił nazwę ich gry.

– Ichigo – powiedziała wolno. Cholera, brzmi zabawnie. – Jakoś to przeżyję.

Sadie dopiero po latach przyznała rację Samowi – Marx był niezwykle użyteczny tego lata. Nie, nie projektował gier. Nie, nie był najwyższej klasy programistą, jak Sadie, i nie umiał rysować, jak Sam. Robił jednak dla nich niemal wszystko inne. Jego wkład w pracę zaczynał się od spraw przyziemnych, lecz koniecznych do załatwienia, a kończył na rzeczach typowo kreatywnych. Marx organizował zadania, tak, aby Sadie i Sam lepiej się orientowali, czym akurat zajmuje się druga osoba i co powinni robić. Robił długie listy zaopatrzenia. Bardzo hojnie korzystał z karty kredytowej – ciągle potrzebowali więcej pamięci i regularnie paliły im się karty graficzne – i tego lata odbył pięćdziesiąt wycieczek do dużego sklepu komputerowego na Central Square. Otworzył konto bankowe i spółkę z o.o. Go, Ichigo, Go. Ustawił płatności podatków (dzięki czemu w krótkim okresie oszczędzali pieniądze, bo ich zakupy na firmę były zwolnione od podatku). A gdyby kiedyś mieli zatrudniać pracowników, a wiedział, że tak będzie, też to zorganizował. Dbał o to, aby wszyscy jedli, pili i spali (przynajmniej odrobinę). Utrzymywał ich miejsca pracy w czystości i wolne od chaosu. Jako doświadczony gracz był świetny w testowaniu poziomów i wykrywaniu błędów. Ponadto Marx miał wyczucie historii. To on podsunął sławną sekwencję w podziemnym świecie (Ichigo ma być jak najniżej – powiedział) i to on skierował ich ku Takashiemu Murakamiemu i Tsuguharu Foujita. To Marx, uwielbiający awangardową muzykę instrumentalną, podczas gdy Sam i Sadie pracowali, puszczał na swoim odtwarzaczu Briana Eno, Johna Cage’a, Terry’ego Rileya, Milesa Davisa i Philipa Glassa. To on zasugerował, aby ponownie przeczytali „Odyseję”, „Zew krwi” i „Call It Courage”. Namówił ich też na przeczytanie The Hero’s Journey oraz książki o dzieciach i ich rozwoju werbalnym „The Language Instinct”. Chciał, aby będące w przedwerbalnej fazie rozwoju Ichigo było autentyczne i osadzone w życiu. Dla Marxa Ichigo było opowieścią o powrocie do domu, ale także o języku. Jak się komunikujemy ze światem, gdy nie znamy języka? Interesowało go to po części dlatego, że jego matka nigdy nie mówiła dobrze po japońsku. Sądził, że to dlatego przez większość dorosłego życia była samotna i przygnębiona. I wreszcie to właśnie Marx zaczął rozumieć grę na poziomie sprzedaży. Zrobienie świetnej gry to jedno, lecz w końcu nadchodzi czas, gdy ktoś musi być w stanie jasno przedstawić innym ludziom, dlaczego ta gra jest świetna.

W połowie sierpnia Sadie i Sam mieli wstępne wersje sześciu z piętnastu poziomów Ichigo i w znacznym stopniu było to wynikiem zorganizowania Marxa. W pewnym sensie dla Marxa bycie producentem Sadie i Sama było czymś całkiem innym niż po prostu mieszkanie z Samem. Ułatwiał im wiele spraw, nie zwracając przy tym na siebie uwagi. Gasił pożary. Wyprzedzał potrzeby i usuwał przeszkody, zanim się pojawiały. To właśnie robi producent, a Marx miał się stać świetnym producentem. Najlepsze jednak, co dla nich robił: wierzył w nich. Kochał Ichigo. Kochał Sama. I zaczynał kochać Sadie.

– Co jest między tobą i Sadie? – spytał Sama w upalny, duszny wieczór na początku sierpnia. Klimatyzacja w mieszkaniu, które i tak było nagrzane od pracującego sprzętu komputerowego, wysiadła. By się ochłodzić, zostali w samych bokserkach i przykładali zimne butelki do czoła. Przeważnie byli w trójkę, lecz tego wieczoru Sadie – możliwe, że aby choć przez chwilę pobyć z dala od rozgrzanych komputerów – poszła na spotkanie z koleżanką z liceum, która akurat była w mieście.

– To moja najlepsza przyjaciółka.

– Jasne, to wiem. No, ale czy jest… Mam nadzieję, że to nie jest dziwne, że o to pytam. Czy to romantyczna relacja? Albo czy kiedyś taka była?

– Nie. My nigdy… To więcej niż romantyczna relacja. Lepsza niż romans. To przyjaźń. – Sam się zaśmiał. – Kogo obchodzą romanse?

– Dla niektórych są ważne – powiedział Marx. – Pytam cię o to, bo… Nie masz nic przeciwko, bym zaprosił ją na randkę?

Sam ponownie wybuchnął śmiechem.

– Chcesz się umówić z Sadie Green? Próbuj! Wątpię, czy się zgodzi.

– Czemu?

– Bo – Sam chciał powiedzieć: Ona cię nie znosi. Uważa, że jesteś idiotą, i jest wkurzona, że tutaj jesteś – wie, że ciągle spotykasz się z kimś innym.

– Niby skąd miałaby to wiedzieć?

– To nie tajemnica państwowa. Zawsze z kimś jesteś i nigdy nie trwa to dłużej niż dwa tygodnie. Wiesz, teraz jak o tym myślę, to nie jest dobry pomysł z tą randką. Nie dlatego, że ja żywię do niej jakieś uczucia, ale dlatego że jesteśmy kumplami, prawda? Nie chcę, żeby coś stanęło na drodze Ichigo.

– Masz rację. Zapomnij, że o to pytałem.

„Dwa tygodnie”, o których mówił Sam, to przesada. Związki Marxa przeważnie trwały około sześciu tygodni. Marxowi świetnie wychodziło bycie zakochanym (przez krótki czas) i z pewnością żadna dziewczyna po związku z nim nie miała poczucia, że została wykorzystana czy zraniona. Miał dar – to ta druga osoba myślała, że zakończenie związku było jej pomysłem, i tym samym większość jego byłych kochanek zostawała jego przyjaciółkami. Dopiero po tygodniach, miesiącach, a niekiedy latach była dziewczyna Marxa myślała sobie: Hmm, to Marx zerwał ze mną, a nie ja z nim. Dlatego Marx nie mógł postawić stopy na Harvard Square bez wpadnięcia na byłą dziewczynę, która przeważnie cieszyła się, że go widzi.

Jeśli dwudziestodwuletni Marx miał jakiś problem, to było nim zainteresowanie zbyt wieloma rzeczami. Jego ulubionym przymiotnikiem był „ciekawy”. Świat wypełniały ciekawe książki, które trzeba było przeczytać, ciekawe przedstawienia i filmy do obejrzenia, ciekawe gry do zagrania, ciekawe jedzenie do skosztowania i ciekawi ludzie, z którymi chciał uprawiać seks, a czasem nawet się w nich zakochać. Głupotą było niekochanie tak wielu rzeczy jak to tylko możliwe. W pierwszych miesiącach ich znajomości Sadie w rozmowie z Samem lekceważąco nazywała Marxa romantycznym dyletantem. Dla Marxa świat był jak śniadanie w pięciogwiazdkowym hotelu w jakimś azjatyckim kraju: nadmiar rzeczy do wyboru był niemal przytłaczający. Któż by nie chciał anansowego smoothie, pieczonej bułeczki z wieprzowiną, omletu, marynowanych warzyw, sushi czy croissanta o smaku zielonej herbaty? Były tam, aby je brać i smakować. Mówiono, niekiedy z goryczą, że na początku studiów randkował z wieloma osobami, ale w stałym związku był tylko z Samem. Marx kochał Sama, ale nie chciał z nim uprawiać seksu. Sam był jak jego młodszy braciszek. Broniłby go do śmierci.

Sadie z kolei… Marx czuł, że to inna sprawa. Sadie była jak Sam, ale nie była Samem, a to go bardzo pociągało. Było w niej coś więcej, coś głębszego, ciekawszego i bardziej złożonego niż w osobach, z którymi się umawiał. Nie był głupi – wiedział, że za nim nie przepada, a on rzadko doświadczał antypatii. Wszyscy lubili Marxa! Chciał wiedzieć, jakby to było, gdyby Sadie go lubiła. Chciał, aby rozmawiała z nim tak jak z Samem. Marx był genialnym czytelnikiem i miał przeczucie, że Sadie jest tego typu książką, którą można czytać wielokrotnie i za każdym razem znajdować w niej coś nowego. Podobało mu się jednak tak wiele osób, że gdy Sam powiedział mu, by nie starał się o Sadie, przyjął to lekko (…).

***

Gabrielle Zevin ze swoim psem. FOT. MATERIAŁY PRASOWE

GABRIELLE ZEVIN (na zdjęciu powyżej) urodziła się w Nowym Jorku 24 października 1977. Jest bestsellerową amerykańską pisarką i scenarzystką. Jej ojciec, Richard, urodzony w Ameryce, ma żydowskie, rosyjskie, litewskie i polskie pochodzenie. Matka Ae Ran urodziła się w Korei i wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, gdy miała 9 lat. Oboje rodzice spotkali się w szkole średniej w Connecticut, a później razem pracowali dla IBM. Gabrielle Zevin dorastała w Boca Raton na Florydzie i w 1966 ukończyła Spanish River Community High School. Na Uniwersytecie Harvarda studiowała język angielski ze specjalizacją w literaturze amerykańskiej. Na Harvardzie poznała swojego partnera, Hansa Canosę. Karierę pisarską zaczęła w wieku 14 lat jako krytyk muzyczny w Fort Lauderdale Sun-Sentinel. Jej pierwsza powieść „Gdzie indziej” (oryg. „Elsewhere”) była nominowana w 2006 do nagrody Quill, wygrała Borders Original Award Voices. Książka została przetłumaczona na siedemnaście języków, w tym także polski. W 2007 została nominowana do nagrody Independent Spirit Award za najlepszy debiut w kategorii scenariusz. Za powieść „Między książkami” otrzymała Southern California Independent Booksellers Association Award, a za „Wzloty i upadki młodej Jane Yound” – Southern Book Prize. Jej książki przetłumaczono dotąd na czterdzieści języków. W 2022 na podstawie „Między książkami” powstał film z Kunalem Nayyarem w roli głównej. Jej dziesiąta powieść „Jutro, jutro i znów jutro” od razu znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa, Sunday Timesa i Klubu Książki Fallon. Powieść zdobyła tytuł Książki Roku 2022 na Amazon.com, Książki Roku magazynu Time, Książki Roku New York Timesa, nagrodę Goodreads Choice Award for Fiction i nagrodę Apple. Coroczna prestiżowa lista Amazona jest wybierana przez zespół redaktorów Amazon Books, którzy każdego roku czytają tysiące książek i dzielą się swoimi rekomendacjami na Amazon Book Review (www.amazon.com/bestbooks2022). Niedawno koncern Paramount Pictures podpisał z autorką umowę o wartości 2 milionów dolarów na zekranizowanie powieści „Jutro, jutro i znów jutro”, który wyprodukują Temple Hill i Paramount Studios na podstawie scenariusza autorki. Do aukcji o prawa do filmu stanęło aż 25 wytwórni. Przez prawie dekadę Gabrielle Zevin mieszkała na Manhattanie, a w 2012 przeniosła się do Los Angeles, gdzie dotąd mieszka z Hansem Canosą.

KONKURS CZYTELNICZY

Dzięki uprzejmości Zysk i S-ka Wydawnictwa (www.zysk.com.pl) ogłaszamy dla Czytelników portalu LADY’S CLUB konkurs, w którym można zdobyć 3 egzemplarze książki Gabrielle Zevin, „Jutro, jutro i znów jutro”. Otrzymają je ci z Państwa, którzy odpowiedzą interesująco na nasze pytanie: W jednym z wywiadów Gabrielle Zevin powiedziała, że nie ma postaci, z którą utożsamiałaby się bardziej niż z… pajęczycą Charlottą. Jak uważacie, co miała na myśli? Odpowiedzi wysyłajcie na adres: redakcja@ladysclub-magazyn.pl.

REGULAMIN

1. Nagrodę w konkursie stanowią 3 egzemplarze książki Gabrielle Zevin, „Jutro, jutro i znów jutro”, ufundowane przez Zysk i S-ka Wydawnictwo.

2. Rozdanie przewiduje 3 zwycięzców – każdy z nich otrzyma po jednym egzemplarzu książki.

3. Rozdanie trwa od 3 kwietnia 2023 roku do wyczerpania nagród.

4. Do rozdania można zgłosić się tylko raz.

5. Zadanie polega na nadesłaniu interesującej odpowiedzi na pytanie: W jednym z wywiadów Gabrielle Zevin powiedziała, że nie ma postaci, z którą utożsamiałaby się bardziej niż z… pajęczycą Charlottą. Jak uważacie, co miała na myśli?

6. Spośród nadesłanych odpowiedzi redakcja wyłoni 3 zwycięzców.

7. Wyniki zostaną ogłoszone pod informacją o książce na portalu LADY’S CLUB w sekwencji PAN BOOK.

8. Zwycięzcy mają 3 dni na przesłanie na adres redakcja@ladysclub-magazyn.pl swoich danych do wysyłki nagrody drogą pocztową; w przypadku braku takiej informacji w wyznaczonym czasie zostanie wybrana kolejna osoba.

ROZWIĄZANIE KONKURSU. Pytanie: W jednym z wywiadów Gabrielle Zevin powiedziała, że nie ma postaci, z którą utożsamiałaby się bardziej niż z… pajęczycą Szarlotą. Jak uważacie, co miała na myśli? Odpowiedź: „Pajęczyna Szarloty” (ang. „Charlotte’s Web”) to powieść fantastyczna dla dzieci, autorstwa amerykańskiego pisarza Elwyna Brooksa White’a z 1952 roku. Jej tłumaczenie ukazało się również w Polsce. Książka opowiada o śwince hodowlanej imieniem Wilbur, która zaprzyjaźniła się z piękną dużą szarą pajęczycą ze stodoły, Szarlotą. Gdyby nie pajęczyca, świnka trafiłaby pod nóż farmera i zamieniona zostałaby w wędliny i boczek. Szarlota postanowiła jednak uratować ją przed śmiercią. Z nieoczekiwaną pomocą szczura Templetona i własnym, cudownie sprytnym planem, Szarlota rzeczywiście uratowała Wilburowi życie, który w tym czasie wyrósł na całkiem wielką świnkę, która niechybnie trafiłaby na rzeź. Dzięki pięknym słowom wpisywanym w sieć pajęczą, czytelnym dla farmera, jego córki i turystów, Wilbur stał się miejscową atrakcją i uratował życie. Większość naszych respondentów, Pań i Panów, prawidłowo odczytała intencje zawarte w wywiadzie Gabrielle Zevin. Uznała ona, że pajęczyca Szarlota jest kimś w rodzaju pisarki, która dzięki słowom uratowała Wilbura. Pisarka złożyła w ten sposób hołd wyobraźni twórczej Elwyna Brooksa White’a, który wiele pokoleń dzieci nauczył kochać zwierzęta i utożsamiać się z Szarlotą. „Ta wspaniała powieść ukazuje, że słowa mają niezwykłą moc i potrafią zmieniać bieg wydarzeń i wpływać na ludzi” – napisała jedna z naszych Czytelniczek. Pajęczyca nie tka swoich sieci, by być sławną, by zdobyć bogactwo czy uznanie, tylko robi to z dobroci serca i dla przyjaciół. Przyjaźń i dobro są największą wartością. Ponoć kiedy Gabrielle Zevin przeczytała tę powieść w dzieciństwie, już wtedy postanowiła zostać pisarką. Bo pajęczyca Szarlota jest mądra, kocha życie, stawia na przyjaźń, daje nadzieję i niesie pomoc. „Fajnie, że to właśnie z pajęczycą Szarlotą utożsamia się Gabrielle Zevin, bo słowo pisane ma dużą moc, potrafi poruszyć ludzkie uczucia i pełnić funkcję terapeutyczną bez wychodzenia z domu. Myślę, że Zevin chciałaby, aby jej książki dotarły do jak największego grona odbiorców i tka swoją pajęczą sieć, aby schwytać w nią jak najwięcej czytelników. Tka ją poprzez pisanie kolejnych książek z mądrym przesłaniem” – stwierdziła inna z naszych Czytelniczek. „Podejrzewam, że pani Zevin przez swoje książki chce mieć pozytywny wpływ na ludzi, taki, jaki miały słowa Szarloty wpisane w pajęczą sieć. Myślę, że pragnie, aby jej pisarstwo docierało do osób, które najbardziej go potrzebują, które mogą czerpać z niego dla siebie korzyści. Sądzę, że każdy pisarz marzy o tym, żeby nie pisać do szuflady, ale by tworzyć dla ludzi, którym jego książki pomagają uporać się z codziennością, z problemami i trudnościami zwykłego życia. Każdy pisarz chciałby choć przez chwilę poczuć się jak Szarlota, używając dokładnie tych słów, co potrzeba, by wpływać na losy świata. Każdy chciałby poczuć tajemną moc pajęczej sieci. Myślę więc, że Szarlota może być wielką inspiracją nie tylko dla literatów, dziennikarzy, ale wszystkich ludzi pracujących słowem” – dodała inna z naszych respondentek. Książki otrzymują: 1) Joanna Łukasik, Bogoria; 2) Anna Baran, Jaworzno; 3) Iwona Nikodemska, Łódź. (wpis z 11.04.2023)

Napisano w Pan Book

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress