STANISŁAW BUBIN
W księgarniach pojawiła się właśnie – tuż przed walentynkami – wspaniała opowieść o miłości przekraczającej granice czasu. Książka nosi tytuł „Jutro może być za późno”, a jej autorką jest Katarzyna Grzebyk, mieszkanka Strzyżowszczyzny na Podkarpaciu, która dwa lata temu wydała znakomitą debiutancką powieść „Pomiędzy nami tajemnice”. Pisarka mieszka w Połomi w gminie Niebylec, wsi starej, założonej przez króla Kazimierza Wielkiego. Na co dzień jest dziennikarką, nauczycielką i logopedą, ale po pracy oddaje się kolejnej pasji – blogowaniu o interesujących książkach i ciekawych zdarzeniach z przeszłości swojej ziemi. Jest też współzałożycielką Towarzystwa Miłośników Ziemi Niebyleckiej.

Z konglomeratu tych wielu zainteresowań zrodziło się najpierw pierwsze, a teraz drugie prozatorskie dzieło Katarzyny Grzebyk, która wcześniej wydała także przyczynkarskie „Tajemnice okolic Niebylca” (we współpracy z Antonim Chuchlą) i „Sekrety Rzeszowa” (we współpracy z Aliną Bosak). Jej powieści to proza dojrzała, przemyślana i zwarta konstrukcyjnie. Szczegóły akcji są tak podane, by były atrakcyjne, a fabuła rozwija się perfekcyjnie.
Podkreślam zalety prozy młodej autorki nie bez przyczyny, ponieważ dość trudno połączyć fikcję literacką z realiami historycznymi, żeby nie zboczyć w którąkolwiek stronę i nie zanudzić albo nadmiarem faktów, albo przesłodzoną liryką. A tej pisarce udaje się tak wyważać proporcje, że czytamy jej nową książkę z wypiekami na twarzy. Zwłaszcza że Katarzyna Grzebyk tak naprawdę w jednym tomie snuje równolegle, przeplatając je konsekwentnie rozdział za rozdziałem, dwie opowieści – o dwóch odrębnych postaciach, żyjących w dwóch różnych, początkowo w ogóle do siebie nieprzystających przestrzeniach czasowych.
Co, a raczej kto jest zwornikiem pomiędzy nimi? Pomiędzy przeszłością a teraźniejszością? Czy tylko uparty owad, motyl cytrynek pojawiający się niekiedy na kartach książki i nieoczekiwanie przysiadający raz na jednej, raz na drugiej osobie? Jak się przekonamy w trakcie tej fascynującej lektury, czasy dawne i nowe połączy nie tylko motyl pachnący cytrusami. Ale do rzeczy! Pierwsza opowieść dotyczy mężczyzny (początkowo chłopca) o imieniu Ignacy i zaczyna się we wsi pod Strzyżowem w latach 1938-1939, a więc jeszcze przed drugą wojną światową. Druga zaś toczy się współcześnie w Gdańsku około roku 2022 i związana jest z młodą, atrakcyjną kobietą o imieniu Malwina. W perspektywie czasowej dzieli te osoby ponad osiemdziesiąt lat, a mierząc odległość między nimi na mapie – przeszło siedemset kilometrów. Gdzie tu miłość?
Powieść zaczyna się twardo – brutalnym, ostrym prologiem. Początki okupacji hitlerowskiej na Rzeszowszczyźnie, rok 1940. W małomiasteczkowej rzeczywistości Strzyżowa dzieją się rzeczy straszne. Dwuosobowy patrol żandarmów na rynku poniża i upokarza Żydówkę. Kobieta wracała z piekarni, niosła świeże bułki i nie pokłoniła się „nadludziom”. Jeden z Niemców zastrzelił ją na oczach świadków, krew zabarwiła na czerwono bułki wysypane z siatki. Jakby tego było mało, Niemcy weszli też do zakładu fotograficznego, prowadzonego przez żydowskiego właściciela, z zamiarem zabicia wszystkich, których tam znajdą. Stary Żyd i dwaj jego synowie uprzedzili ich jednak i połknęli cyjanek o zapachu gorzkich migdałów. Chwilę później świadkowie usłyszeli strzał z pistoletu, może dwa – to wściekli Niemcy wyładowali złość na martwych.
Ten rozpoczynający książkę epizod z wojennej, okupacyjnej historii Strzyżowa lokuje pierwszą opowieść o młodym Ignacym Wdowiaku w konkretnych realiach. W burzliwych, okrutnych czasach, które wpłynęły na życie wielu osób, w tym także na losy tego dwunastoletniego chłopca. Półsieroty mieszkającego w biednej wiosce pod Strzyżowem. Tuż przed najazdem Niemców chłopak pracował najczęściej z ojcem i babką w polu. Był wrażliwy i ambitny, chciał się też uczyć i dużo czytać. Pewnego dnia tata zabrał go na targ w miasteczku, bo po zakupach miał w planie oprawić w ramkę zdjęcie zmarłej żony, a także zrobić portret chłopcu i sobie w zakładzie Goldschmidta, najlepszego fotografa w okolicy. To wtedy Ignacy poznał jedenastoletnią Sarę, córkę fotografa. I od razu zakochał się w czarnych oczach dziewczynki. O nikim innym już nie myślał, nawet zmarła mama przestała mu się śnić.
Młodzieńcze zauroczenie przerodziło się w pierwszą miłość – delikatną, czystą, niewinną. Ich uczucie rozkwitało wbrew wszelkim okolicznościom, chociaż już wtedy na Ignacego i Sarę padały brunatne cienie zbliżającej się wojny. Zdążył jeszcze podarować dziewczynie pięknie pomalowanego glinianego kogutka, a ona… pocałowała go w usta. Ten smak warg, ten zapach, te jej oczy… Zapamiętał cykanie świerszczy, woń skoszonej trawy, błękit nieba, pierzaste chmurki. Piękne wspomnienie ostatnich dni wakacji 1939 roku. Tamtego lata. Tuż przed pojawieniem się hitlerowców Sara zniknęła jednak bez pożegnania. Jej ojciec poradził zrozpaczonemu chłopcu, by napisał do niej list – i Ignacy napisał. Stary Goldschmidt miał to nieporadne, pełne tęsknoty pismo dostarczyć dziewczynie. Gdzieś. Dokądś, bo nie chciał zdradzić, dokąd Sara z mamą wyjechały, by uciec przed Niemcami. Przed zagładą. W pamięci Ignacego na zawsze pozostały wspomnienia o słodkim pocałunku i cytrynowożółtym motylku tańczącym nad ich głowami…
Czy Gdańsk roku 2022 miał cokolwiek wspólnego z tamtą historią, z Ignacym? Gdańsk nie, ale stolica Pomorza to dobra odskocznia do późniejszych wydarzeń związanych z Malwiną. Pisarka doskonale przemyślała konstrukcję utworu, nim zaczęła snuć opowieść o współczesnej, nieszczęśliwie zakochanej kobiecie znad morza. Malwinę poznajemy w chwili, gdy pakuje walizki i zamierza wyjechać z miasta, by rozpocząć nowy etap życia. Chciała zostawić za sobą wszystkie dotychczasowe nieszczęścia. Zakochała się w facecie żonatym i dzieciatym, który – jak w takich historiach bywa – rozmyślił się i nie opuścił żony, mimo że obiecywał. Okazało się, że ślubna jest w kolejnej ciąży, choć rzekomo od dawna nie współżyli. Na tę okazję czekał drugi facet, kolega Malwiny z biura, beznadziejnie w niej zakochany. I to on po szaleńczej jeździe doprowadził do wypadku samochodowego, w którym dziewczyna omal nie zginęła. Rekonwalescencja, paskudna szrama na policzku – i zdesperowana bohaterka po wyjściu z kliniki postanowiła opuścić rodzinne miasto, by zacząć wszystko od nowa. Przyjaciółce powiedziała, że wyjeżdża na kilka tygodni do gospodarstwa agroturystycznego w głuszy, że odparować, wyciszyć się i nabrać do siebie dystansu.

Myślicie, że już wszystko opowiedziałem, więc po co czytać? Nieprawda, to dopiero początek wielu intrygujących zdarzeń. Pojawią się kolejne zaskakujące sytuacje, poznamy nowe postaci, które łączą się z Ignacym, Sarą i Malwiną. Ta agroturystyka Malwiny to była oczywiście ściema na użytek koleżanki – nie chciała mieć już z Gdańskiem nic wspólnego, zbyt wiele przykrych rzeczy spotkało ją nad Motławą. Wybrała więc jak w loterii na chybił-trafił miasto na południu kraju, po drodze ukończyła kilka kursów florystycznych i – co za przypadek! – otworzyła w Strzyżowie kwiaciarnię. Swój mały, tyci-tyci biznes w starej, zrujnowanej kamienicy przy rynku. Ona, gdańszczanka, bez żadnych miejscowych znajomości, kompletnie poza układami, poza lokalnymi tradycjami i zwyczajami, można by rzec – poza historią, której dopiero zamierzała się uczyć. I czego dowiedziała się najpierw? Że jej nowo nabyty, a raczej dopiero co wydzierżawiony dom jest obłożony klątwą z przeszłości.
Czy kwiaciarce bez doświadczenia, ale z gustem i świetnymi pomysłami, uda się przezwyciężyć rzuconą kiedyś anatemę? Kto pojawi się w progu jej domu, gdy będzie w pewien upalny dzień próbowała wysprzątać swój lokal, mając na sobie tylko koszulkę i majtki (a w ręku obciekającego wodą mopa)? Zobaczcie, w jaki sposób los splótł ze sobą przeszłość i teraźniejszość w tej uroczej, błyskotliwej książce. I dlaczego Mojry, mitologiczne prządki trzymające w rękach nici życia, odpowiadające za szczęście i nieszczęście spotykające ludzi, zdecydowały się udowodnić akurat na tym przykładzie, że prawdziwej miłości nie rozłączą ani wojny, ani inni ludzie. Ani faszyzm i komunizm, ani morza i oceany, i że można kochać na zawsze, do ostatniego tchnienia, nawet w wieku dziewięćdziesięciu paru lat. Koniecznie sięgnijcie po tę powieść o wielce wymownym tytule „Jutro może być za późno”. Kochajmy, kiedy nadchodzi właściwy czas, nie odkładajmy szczęścia na jutro, bo są sytuacje i zdarzenia, które mogą wszystko popsuć, pogmatwać. Katarzyna Grzebyk ukazała to doskonale. Co więcej, jak wspomniałem, wplotła w swoją prozę ciekawe informacje o ukochanej „małej ojczyźnie”, o wydarzeniach z lat wojennych i powojennych, zapisanych w pamięci rodzinnej i w lokalnych kronikach, na przykład o akcji odbicia kilku więźniów przez partyzantów AK z Połomi. Brawurowo uratowali nieszczęśników przewożonych na pewną śmierć do więzienia gestapo w Rzeszowie. W książce znalazł się także krótki opis śmierci Otto Köllera, kata Żydów i Romów w Strzyżowie. Bez wątpienia dzięki temu powieść jest znacznie bardziej wyrazista, wiarygodna i konkretnie umiejscowiona, co – jak przypuszczam – ma szczególne znaczenie dla mieszkańców regionu strzyżowskiego.
Jednego ze strzyżowian, Romana Konieczkowskiego (1912-1998), poznałem jako dziennikarz w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Przegadaliśmy wtedy wiele godzin. Był żołnierzem Armii Krajowej o pseudonimach „Głaz”, „Krzemień”, „Skok” i „Szaniec”, dowódcą placówki AK nr 88b, autorem książek „Strzępy wspomnień” i „Akowskie krzyże”. Świadkowie historii, tacy jak pan Roman właśnie, wykruszają się i odchodzą, toteż książki Katarzyny Grzybek są tym cenniejsze dla miejscowej społeczności, że utrwalają wiedzę o przeszłości. Rekomenduję obie powieści młodej autorki z pełnym przekonaniem i gratuluję ogromnego wyczucia czasu, miejsca akcji, prawdy historycznej, a także wysokiej sprawności językowej. „Jutro może być za późno” to książka, która bez wątpienia zostanie równie ciepło przyjęta przez czytelników jak poprzednia pt. „Pomiędzy nami tajemnice”. Zachęcam do czytania obu tytułów (recenzję debiutanckiej książki można przeczytać na portalu LADY’S CLUB pod linkiem https://tinyurl.com/43m8kscr).
Niech także nad wami zatańczą w kręgu miłosnym cytrynowożółte motyle!

Katarzyna Grzebyk „Jutro może być za późno”. Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2026. Oprawa miękka, stron 320. Premiera 10 lutego 2026. Powieść można zamówić z rabatem w księgarni internetowej wydawcy na stronie https://sklep.zysk.com.pl/jutro-moze-byc-za-pozno.html.

KONKURS CZYTELNICZY
Dzięki uprzejmości Zysk i S-ka Wydawnictwa (www.zysk.com.pl) ogłaszamy dla Czytelników portalu LADY’S CLUB konkurs, w którym można zdobyć 3 egzemplarze książki Katarzyny Grzebyk „Jutro może być za późno”. Otrzymają je ci z Państwa, którzy odpowiedzą na pytanie: Jak się nazywa i jak wygląda jedna z najbardziej tajemniczych budowli znajdujących się w miasteczku na Podkarpaciu, w którym toczy się akcja powieści? Odpowiedzi wysyłajcie na adres: redakcja@ladysclub-magazyn.pl.
REGULAMIN
1. Nagrodę w konkursie stanowią 3 egzemplarze książki Katarzyny Grzebyk „Jutro może być za późno”, ufundowane przez poznańskie Zysk i S-ka Wydawnictwo.
2. Rozdanie przewiduje 3 zwycięzców – każdy z nich otrzyma po jednym egzemplarzu książki.
3. Rozdanie trwa od 10 lutego 2026 roku do wyczerpania nagród.
4. Do rozdania można zgłosić się tylko raz.
5. Zadanie polega na nadesłaniu odpowiedzi na pytanie: Jak się nazywa i jak wygląda jedna z najbardziej tajemniczych budowli znajdujących się w miasteczku na Podkarpaciu, w którym toczy się akcja powieści?
6. Spośród nadesłanych odpowiedzi redakcja wyłoni 3 zwycięzców.
7. Wyniki zostaną ogłoszone pod informacją o książce na portalu LADY’S CLUB w sekwencji Pan Book.
8. Uczestnicy mają 3 dni na przesłanie wraz z odpowiedziami na adres redakcja@ladysclub-magazyn.pl swoich danych do wysyłki nagród drogą pocztową; w przypadku braku takiej informacji w wyznaczonym czasie zostanie wybrana kolejna osoba.

ROZWIĄZANIE KONKURSU. Pytanie: Jak się nazywa i jak wygląda jedna z najbardziej tajemniczych budowli znajdujących się w miasteczku na Podkarpaciu, w którym toczy się akcja powieści? Odpowiedź: To miasteczko na Podkarpaciu, wymienione kilka razy w naszej recenzji, to oczywiście Strzyżów, w którym toczy się akcja powieści. Trudno w to uwierzyć, ale są na to liczne dowody, choćby w postaci czarno-białych zdjęć archiwalnych i dokumentów żołnierzy Armii Krajowej, że w nocy z 27 na 28 sierpnia 1941 roku do podziemnego schronu kolejowego pod Żarnowską Górą w Strzyżowie wjechał pociąg specjalny „Amerika” Adolfa Hitlera. Kanclerz III Rzeszy spotkał się tutaj z włoskim dyktatorem Benito Mussolinim. Włoch spędził u Hitlera kilka dni, po czym przez lotnisko w Krośnie wybrali się do Humania na przegląd wojsk na froncie wschodnim. Po powrocie lotniczym z Humania do Krosna i dalej samochodami do Stępiny, Hitler i Mussolini odbyli kolejne rozmowy w pociągu „Amerika” w strzyżowskim tunelu, po czym pierwszy wyjechał do Wilczego Szańca w Gierłoży, a drugi własnym pociągiem do Rzymu. Zatem tajemnicza budowla, o jaką nam chodziło, to oczywiście tunel schronowy w Strzyżowie – podziemny schron kolejowy, zbudowany w czasie II wojny światowej rękami jeńców wojennych pod Żarnowską Górą. Wraz z tunelem schronowym w Stępinie-Cieszynie nieopodal Strzyżowa tworzył południową kwaterę główną Hitlera – Anlage Süd. Strzyżowski tunel zbudowany został przez kilka tysięcy robotników przymusowych w latach 1940-1941 przez paramilitarną nazistowską Organizację Todta pod nadzorem wiedeńskiej firmy inżynieryjnej Universale Hoch- und Tiefbau. Robotnicy w większości albo zmarli w trakcie prac górniczych pod górą, albo zostali rozstrzelani po ich zakończeniu. Tunel był przewidziany na stanowisko dowodzenia Grupy Armii Południe podczas agresji hitlerowców na Związek Sowiecki. Do ukończonej budowli podziemnej, strzeżonej przez stanowiska artylerii, wjeżdżały później pociągi sztabowe, pociągi towarowe i kolumny samochodów ciężarowych. Według niektórych źródeł w tunelu znajdowała się montownia silników lotniczych i wytwórnia benzyny syntetycznej, być może też trwała tam produkcja części do rakiet V-1 i V-2. Nawa główna tunelu schronowego miała długość 438 metrów, łącznie z przedsionkami wartowniczymi, a w przekroju kolistym średnicę 8,87 m i wysokość 6,5 m. Jej ściany boczne zostały wykonane z betonu zbrojonego. W kierunku południowym od schronu tunelowego, po przeciwnej stronie linii kolejowej Rzeszów-Jasło, znajdowały się na powierzchni schrony zaplecza technologicznego (maszynownia, kotłownia, elektrownia, sterownie, magazyn paliw, zbiornik filtrowanej wody, urządzenia wentylacyjne i kanały techniczne). Pozostałości jedynego schronu kolejowego w Polsce, rozpracowanego przez lokalne oddziały Armii Krajowej jeszcze w czasie wojny, są obecnie wielką atrakcją turystyczną Strzyżowa. Spotkanie dyktatorów i wiedza o tunelu wciąż są obecne w pamięci wielu rodzin ze Strzyżowszczyzny – także autorka książki, Katarzyna Grzebyk, mieszkanka regionu, kilkakrotnie wspomina o nich w powieści „Jutro może być za późno”. Książki otrzymują: 1) Agnieszka Szajrych, Orzesze; 2) Janina Stencel, Maków Podhalański; 3) Róża Kapela, Łódź. GRATULUJEMY! (wpis z 17 lutego 2026)










