MAMY PRAWO WALCZYĆ O SWOJE, WŚCIEKAĆ SIĘ I KONFRONTOWAĆ Z NARZUCANYMI NAM NORMAMI. Wywiad

Z MARTĄ MROZIŃSKĄ, autorką wydanej niedawno przez Zysk i S-ka Wydawnictwo powieści „Jeleni sztylet”, rozmawia Stanisław Bubin

Sztylet to biała, krótka broń, poręczna do eliminacji przeciwników, o czym w starożytności przekonał się na przykład Juliusz Cezar. A jaką rolę w pani powieści, dziejącej się w czasach prasłowiańskich, odgrywa tytułowy jeleni sztylet? Czym różni się od mizerykordii lub sztyletu sprężynowego? Umie pani walczyć na noże?

Nie ma pan pojęcia, jak długo czekałam na to pytanie! Jeleni sztylet to magiczny artefakt, który dzierży moja bohaterka. Mizerykordia jest rodzajem sztyletu służącym do konkretnego celu, czyli, jak sama nazwa wskazuje, ostatniego aktu miłosierdzia. Rycerze mieli ją w swoim uzbrojeniu, by móc nią dobić konającego na polu bitwy. Sztylet sprężynowy pojawił się później i używano go do blokowania ciosów mieczem, czasem do zadawania głębszych ran. Całą swoją wiedzę na ten temat zawdzięczam mojemu znajomemu z Urban Knife Fighting. Wspominam go zresztą w posłowiu. Od lat jest ekspertem w walce na noże i samoobrony, to bardzo ciekawy człowiek. Sama nie umiem walczyć, ale odbyłam z nim przyspieszony kurs na noże ćwiczebne, zdradził mi dużo ciekawostek i rozwiązań technicznych. Przed wydaniem książki czytał fragmenty walki i treningów mojej bohaterki. Zależało mi na realizmie i dynamice tych scen i uważam że wyszły świetnie.

Marta Mrozińska „Jeleni sztylet”. Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2024. Stron 496, oprawa twarda. Premiera 5 marca 2024. Książkę można zamówić z rabatem w księgarni internetowej na stronie https://sklep.zysk.com.pl/jeleni-sztylet.html.

Wydawca „Jeleniego sztyletu” w pełni docenił potencjał fantasy zawarty w pani debiutanckiej powieści (twarda oprawa, świetna okładka, zapowiedź kontynuacji serii). Rzeczywiście, książka urzeka! Jak długo nosiła ją pani w sobie? Ile trwało napisanie tej historii? I – co ważne – jacy autorzy lub jakie materiały źródłowe były dla pani inspiracją?

Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co dzieje się dookoła mojego debiutu. Piękne wydanie i deklaracja wydania całej trylogii to jedno, ale kiedy powiedziano mi o blurbie od pani Elżbiety Cherezińskiej i zaoferowano konsultacje – naprawdę opadła mi szczęka. Z jednej strony był ogromny stres, że tak uznana autorka będzie czytać „Jeleni sztylet” i go oceniać, a z drugiej strony w końcu uwierzyłam, że to co napisałam jest po prostu dobre i ma szansę spodobać się rzeszy czytelników. Potem była okładka w „Nowej Fantastyce” i recenzja na jej łamach, kolejni popularni patroni i promocja ruszyła pełną parą. A ja chciałam, żeby historia Wszebory trafiła w ręce każdego, kto kocha przygody i skomplikowane relacje między bohaterami. Bora była obecna w moich najwcześniejszych opowiadaniach pisanych do szuflady dla czystej frajdy. Kolejne wydarzenia, dialogi i sceny pochodzą z moich różnych impresji, jak zwykłam je nazywać. W czasie pandemii zaczęło się to układać w spójną całość niemal samoistnie. Bohaterowie ożyli i zaczęli mną rządzić. Od lat pochłaniałam fantastykę, sagę o Wiedźminie czytałam aż trzy razy, ale uwielbiam też świat Tolkiena i uniwersum Ziemiomorza Ursuli Le Guin. Ta ostatnia jest dla mnie niedoścignionym wzorem. Podziwiam jej język i nieskończoną umiejętność tworzenia kolejnych światów, które zachwycają i zdumiewają. Potrafiła ubierać w słowa rzeczy niewyrażalne. Mówiąc o materiałach źródłowych, muszę wspomnieć o moich przygotowaniach do opisu wojny. Czytałam wtedy wiele relacji z I i II wojny światowej, głównie kobiet, bo to na ich perspektywie zależało mi najbardziej. Uwielbiam historię Nocnych Wiedźm, żeńskiego oddziału lotniczek, które siały postrach w szeregach armii III Rzeszy – miały jedynie od 17 do 27 lat. To zainspirowało mnie do stworzenia partyzanckiego oddziału Bory. Postać jej ojca też jest inspirowana kimś z historii, ale nie mogę tego zdradzić, bo boję się spoilerów.

Marta Mrozińska na Poznańskich Targach Książki w dniach 8-10 marca 2024.
Fot. www.facebook.com/zyskiska.

Wspomnieliśmy, że kiedy się weźmie do ręki pani powieść, zwraca uwagę gorąca rekomendacja Elżbiety Cherezińskiej, autorki „Sydonii” czy „Hardej”. Jak to się stało, że odegrała ona rolę konsultantki albo raczej opiekunki literackiej w pracach nad książką?

Wydawcy zależało na czymś szczególnym, na mocnym blurbie od kogoś uznanego. Jestem ogromnie wdzięczna za tę możliwość i samą rekomendację, która może przekonać sceptyków. Debiut to debiut, mamy ich tak wiele na rynku i ciężko wyróżnić się wśród licznych zagranicznych publikacji, które zawsze łatwiej sprzedać. Mają za sobą ogromną kampanię reklamową na Zachodzie, a ja praktycznie nie istniałam do tej pory w sieci. Tak jak wspomniałam, ta współpraca była stresująca, ale też bardzo pomocna. Odbyłyśmy jedną wideokonferencję, gdzie pani Ela przekazała mi swoje uwagi, nie szczędząc przy tym pochwał. Pomogła mi pozbyć się niekonsekwencji w kreacji bohaterów, „sprzedała” mi parę trików na uniknięcie powtórzeń w retrospekcjach i pozwoliła uwierzyć w moje umiejętności.

Czy fabuła, którą nam pani opowiedziała w „Jelenim sztylecie”, ma jakieś odniesienia do pani życia (przeżyć, doświadczeń), czy też jest to tylko piękna fikcja, fantazja literacka? Jak wpadła pani na pomysł, żeby nam opisać Włócznię i Wszeborę? Przetworzyła pani jakąś zasłyszaną lub przeżytą historię?

Motyw szkolenia lub szkoły wojskowej jest jednym z moich ulubionych w fantastyce. Wspaniale przejść tę trudną drogę wraz z bohaterką lub bohaterem, to również doskonały punkt wyjścia dla wprowadzenia kolejnych bohaterów, nawiązania relacji między nimi. Książkę pisałam dla siebie, bez większych ambicji zostania pisarką. Jedynym odniesieniem do mojego życia, jakie znajdziecie w „Jelenim sztylecie” są konie. Sama posiadam obecnie dwie klacze, zaraz po studiach w 2012 roku kupiłam pierwszą źrebną klacz z zamiarem hodowli i sprzedaży koni rasy śląskiej. Niestety, sprzedaż źrebaka złamała mi serce i ograniczyłam się tylko do jazdy rekreacyjnej. Jeżdżę od dziecka, teraz głównie tereny. W stajniach i na rajdach nasłuchałam się licznych historii związanych z jeździectwem i jedna z nich trafiła do książki. Przemierzam w siodle lasy i łąki, błąkam się wśród bagien i z ogromną radością podpatruję naszą rodzimą przyrodę. To Bora ma ze mnie, reszta to fikcja i moja perspektywa na wciąż aktualne problemy społeczne, jak niesprawiedliwość, uprzedzenia czy przemoc.

Kiedy znajduje pani czas na pisanie? Między obowiązkami zawodowymi i domowymi? Jaki przypadek zadecydował, że zasiadła pani do pisania? Wewnętrzna potrzeba? Chęć podzielenia się swoimi przemyśleniami?

Pisanie jest dla mnie zajęciem naturalnym, jak dla innych artystów malowanie czy tworzenie muzyki. Pierwsze próby podejmowałam już jako mała dziewczynka i nadal przechowuję zeszyty zapełnione moimi opowiadaniami o żółwiach i koniach. Są absolutnie urocze i pełne błędów ortograficznych. Długo prowadziłam też pamiętniki, porzuciłam je dopiero na studiach. Kiedy nie piszę, mam wyrzuty sumienia i podejrzewam, że pisałabym nawet nie uzyskawszy propozycji wydawniczej. To jest odruch i nawyk. Wchodząc do domu po pracy, nie włączam telewizora, ale odpalam laptop lub biorę notatnik do ręki. Czasem to tylko pół strony, innym razem pół nocy pisania. Oprócz tego praktykuję filozofię odpuszczania, nie robię niczego ponad swoje siły. Dbanie o dom ograniczam do niezbędnego minimum i dzielę obowiązki z mężem. Jestem osobą samozatrudnioną, więc mogę organizować sobie grafik według własnego uznania.

Dla wielu dziewczyn to może być źródło mocy” – stwierdziła Cherezińska, mając na uwadze główną bohaterkę, Wszeborę Lapis. Jakiej mocy mogą doszukiwać się w niej współczesne czytelniczki? Co nam pani może powiedzieć o tej dziewczynie? Dla kogo powinna być wzorem? O jaki rodzaj waleczności i przebojowości tutaj chodzi?

Kiedy wyobraziłam sobie Wszeborę, jej silny charakter, rzeczywistość, w jakiej przyszło jej żyć, najpierw uznałam, że musi być wściekła. Gdy dołożyłam do tego trudne dzieciństwo, wyszła dziewczyna poraniona i niepełna, nie posiadająca pewnych umiejętności społecznych, nie znająca ludzi, ale do bólu lojalna wobec rodziny. Kiedy wchodziłam do jej głowy, a robiłam to bardzo często, ponieważ prowadzę narrację w pierwszej osobie, odkryłam kolejne cechy. Bora nie dba o siebie, prze do przodu mimo przeciwieństw losu i rozpaczliwie szuka miejsca dla siebie. Nie jest idealna i to w niej kocham. Popełnia błędy, ale zawsze stara się szukać własnej ścieżki, nie godzi się na swój los, walczy ze swoją dolą, czasem dosłownie. Oto co chciałam przekazać: każdy ma własną drogę do przebycia, każdy powinien mierzyć się ze sobą na nowo i brać za bary z rzeczywistością. Mamy prawo walczyć o swoje, wściekać się i konfrontować z narzucanymi nam normami. I nie jesteśmy w tym same, Bora znajduje w końcu przyjaźń, odkrywa podobnych sobie ludzi, chociaż bardzo trudno otwiera się na obcych. Czasami było to wyczerpujące, myślę, że podobnie czuje się aktor wchodzący w rolę, zaczyna myśleć i poruszać się inaczej, zmienia się cała perspektywa.

Co w pani książce mogą znaleźć mężczyźni? Myślę, że silne pierwiastki kobiece i tzw. kobiecy punkt widzenia mogą zniechęcić niektórych panów do sięgnięcia po nią… Czy to jest też oferta dla facetów?

Prawdziwy facet nie powinien bać się silnej kobiety, to tak pół żartem, pół serio, ale książka nie jest lekką obyczajówką czy ckliwym romansem, chociaż oba gatunki uwielbiam i czytam, gdy jestem zbyt przytłoczona pracą i codzienną gonitwą. „Jeleni sztylet” to momentami krwawa i bolesna opowieść, starałam się jak najwierniej przedstawić realia szkolenia wojskowego i wojny, wplotłam parę dynamicznych pojedynków i bitew, akcja gna wartko do przodu i oferuje dużo zwrotów akcji. Wiem, że „Jeleni sztylet” podoba się bardzo różnym czytelnikom, a czytając kolejne recenzje, widzę, że udało mi się stworzyć historię uniwersalną. Na koniec powiem, że książka podoba się nawet tym, którzy w życiu nie sięgnęli po fantastykę i jest to chyba najlepsza rekomendacja.

Jakie były początki imaginacyjne, gdy zaczynała pani rozmyślać nad powieścią i mityczną Awandią? Gdzie by pani ulokowała awandyjskie ziemie na mapie naszego kraju?

Od początku to była Polska, tylko trochę pomieszana. W redakcji nawet poproszono mnie na początku o uporządkowanie geografii, bo czytając o mojej krainie, coś im się nie zgadzało. Nie chciałam tworzyć powieści historycznej, chciałam rządzić w niej niepodzielnie i o wszystkim decydować, więc morze jest na wschodzie a góry na północy. Jest ogromna puszcza, wzorowana na pradawnej puszczy, która znajdowała się niegdyś na obszarze północnego Mazowsza i Mazur. Potem wraz z przyjaciółką stworzyłyśmy całą mapę i świetnie się przy tym bawiłyśmy. Przenosiłyśmy góry i rzeki, powiększałyśmy miasta i zmniejszałyśmy wsie, wymyślałam kolejne nazwy i legendy z nimi związane.

W Powiatowej Bibliotece Publicznej w Ciechanowie.
Zdjęcie z profilu Marta Mrozińska – autorka na Facebooku.

Powieść reprezentuje gatunek fantasy, nie przez wszystkich lubiany. Czym spróbowałaby pani przekonać do swojej twórczości niezbyt ufnych czytelników? Obecnością starych bogów, demonów, strzyg, rusałek i wąpierzy, czy charakterem bohaterów i tempem akcji? A może dojrzałością językową i plastyką opisów?

Myślę, że „Jeleni sztylet” będzie świetnym początkiem, by zapoznać się z tym gatunkiem. Strony mojej powieści zamieszkują pełnokrwiści bohaterowie o wielu twarzach i skomplikowanych relacjach. Nie przytłaczam słowotwórstwem, tak charakterystycznym dla tego rodzaju literatury i staram się stopniowo wprowadzać czytelnika w świat Bory. Nasze stare baśniowe stwory pojawiają się w życiu bohaterki niczym mazurskie diabły z moich ulubionych bajek, gotowe do psoty i targów. Warto poznać bliżej rodzimy bestiariusz, zrozumieć nasz bliski związek z przyrodą i jej cyklem, bo na tym zbudowano ludową obrzędowość. A pierwsze rozdziały od razu wciągają, bardzo szybko zaczyna nam zależeć na bohaterach, angażujemy się w kolejne zwroty akcji i zapominamy, że czytamy. Możemy poczuć ziemisty zapach lasu lub morską bryzę na kanapie własnego mieszkania.

Trudne dzieciństwo bohaterki, przemoc, ból, poniżenie, wojna i walka o sprawiedliwość, to wątki budzące emocje – książka jest ich pełna i dlatego czyta się ją z ogromnym zainteresowaniem. Komu pierwszemu dała pani powieść do czytania i jakie były reakcje bliskich, gdy książka ujrzała światło dzienne?

Zawsze będę powtarzać, że w moich historiach to ludzie będą stać na pierwszym miejscu, na drugim dopiero będą przygoda i magia. Chcę pisać o rzeczach ważnych i trudnych, o powszechnych doświadczeniach spychanych za margines naszego plastikowego i pędzącego wciąż do przodu świata. Bolą mnie niesprawiedliwość i uprzedzenia, boli wojna obecna za naszymi granicami i na Bliskim Wschodzie. Pierwszym czytelnikiem „Jeleniego sztyletu” był prezes Tadeusz Zysk, bo nikomu z bliskich nie pokazałam ostatecznej wersji książki. Wiedzieli, że coś tam sobie piszę i obijam się z laptopem na kolanach, bo praca umysłowa to nie dla wszystkich praca. Uznałam, że jeśli moja twórczość jest cokolwiek warta, jakieś wydawnictwo się nią kiedyś zainteresuje. Gdyby wydawcy milczeli, miałam jeszcze plan B i C. I dużo cierpliwości. Okazały się niepotrzebne i moi bliscy dostali do czytania gotową, pięknie wydaną książkę, a wtedy wszystkim opadły szczęki (śmiech). Dosłownie, bo niewiele osób wiedziało, że w ogóle piszę, a tu jeszcze takie wydawnictwo i pozytywny odbiór pierwszego tomu. Teraz czytają i patrzą na mnie trochę inaczej. Moja mama pięknie to podsumowała – popatrzyła na mnie i stwierdziła: „No tak, jesteś artystką. To wiele wyjaśnia”.

I jeszcze jedno zdjęcie z Poznańskich Targów Książki w dniach 8-10 marca 2024.
Fot. www.facebook.com/zyskiska.

Wiem, że na zaproszenie wydawcy była pani gościem na Poznańskich Targach Książki w dniach 8-10 marca 2024. Jakie wrażenia? Co mówili napotkani tam ludzie? Czy kontakty z czytelnikami są dla pani ważne?

Jechałam tam nieco stremowana, bo nie wiedziałam, czego się spodziewać. Mój debiut w nowej roli – i od razu na takim dużym wydarzeniu. Była spora możliwość, że zupełnie nikt nie zainteresuje się nową pisarką, do tego moja książka miała premierę zaledwie cztery dni wcześniej, więc nastawiałam się na spokojną godzinkę przy stoliku. Dopiero od niedawna udzielam się w social mediach. Ale zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona, udzieliłam wtedy pierwszego wywiadu, a w później podchodziły kolejne osoby i prosiły mnie o autografy. Sytuacja abstrakcyjna na samym początku, ale było sympatycznie. Ludzie byli autentycznie zainteresowani książką, gratulowali mi odwagi i wytrwałości. Dało mi to ogromnego kopa do działania i nie mogę się doczekać kolejnych spotkań z czytelnikami, którzy będą znali już „Jeleni sztylet”. Odwiedził mnie nawet Leszy i mam fantastyczne zdjęcia ze stworem z mojej historii. Moje pierwsze spotkanie z Duchem Lasu skończyło się o wiele lepiej niż dla Bory.

Pani książka mogłaby stać się podstawą do napisania scenariusza filmowego. Trzyma nas pani w niepewności do ostatnich stron, a zakończenie, jak w dobrym suspensie, jest nieprzewidywalne. Zgodziłaby się pani na nakręcenie serialu według „Jeleniego sztyletu”, gdyby jakiś producent to zaproponował?

Jasne! Czemu nie, zaczynam wierzyć, że wszystko jest możliwe, ale obecnie moim największym marzeniem jest zobaczyć książkę przetłumaczoną na jakiś inny język. Sama ukończyłam filologię angielską i rosyjską, więc kocham języki. To nawet był plan C, na wypadek, gdyby historia Bory nie znalazła chętnego na polskim rynku. Zaczęłabym ją tłumaczyć na angielski, poprosiłabym o korektę jedną ze znajomych z roku i kto wie?… Ale ujrzeć swoich bohaterów na ekranie, znaleźć się fizycznie w świecie stworzonym przez samą siebie, to zawsze największe marzenie i wyróżnienie dla autorki. Ależ to by była przygoda!

Czy kończąc tom pierwszy miała już pani w planach następne części? Kiedy możemy się ich spodziewać? Co będzie dalej z niezwyczajną dziewczyną Wszeborą Lapis?

Tom drugi jest od dawna skończony, ponieważ pisałam książkę jako całość, nie zastanawiając się, ile mam już stron i na ile starczy opowieści. Gdy zauważyłam, jak bardzo zależy mi na moich bohaterach, na Borze, Dago, Sławie i innych, pomyślałam, że ktoś jeszcze musi ich poznać. Szkoda trzymać takich bohaterów w szufladzie i nie pozwalać ruszyć w świat. Zrobiłam krótki research wydawnictw, żeby zorientować się, kto chętnie wydaje debiutantów i zdecydowałam się na pięć wydawnictw. Wysłałam połowę mojego materiału, tnąc go w najbardziej dramatycznym momencie. W ten sposób powstał cudowny cliffhanger, który jedni kochają, a drudzy nienawidzą. Znam koniec całej historii, mam też rozplanowany cały tom trzeci, toteż uroczyście przysięgam ukończyć całą serię i nie trzymać czytelników w niepewności przez kolejne lata. Drugi tom powinien ukazać się jesienią tego roku, więc czytajcie, oceniajcie i uwierzcie w magię.

Dziękuję za rozmowę.

Recenzję książki znajdziecie na stronie LADY’S CLUB: https://tinyurl.com/3evxcf28.

Napisano w Pan Book

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress