STO LAT TEMU WYBRAŁAM SIĘ DO WRÓŻKI. POWIEDZIAŁA MI: ALE SIĘ PANI W TEJ GŁOWIE GOTUJE. Wywiad

Z ŻANETĄ PAWLIK, autorką powieści obyczajowej „Mowy nie ma!”, wydanej niedawno przez Zysk i S-ka Wydawnictwo (www.zysk.com.pl), rozmawia Stanisław Bubin

Na zdjęciu Żaneta Pawlik, autorka powieści Mowy nie ma! Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2022 (www.zysk.com.pl), str. 384. FOT. INSTAGRAM @foto_agawa

Najpierw może trochę o pani. Na skrzydełku książki przeczytałem, że jest pani otwarta i nieskrępowana, lubi łamać konwenanse. Jakieś przykłady na poparcie tej opinii?

Brzmi intrygująco, przyznaję (śmiech). Nie silę się na oryginalność, żyję zgodnie z wewnętrznym rytmem. To on pcha mnie ku rozmaitym wyzwaniom, a ja nie walczę z nimi. Poddaję się szalonym pomysłom. Gdybym była bardziej usztywniona, nie mogłabym wiarygodnie wcielić się w rolę uciesznicy sprzedajnej, czyli mówiąc wprost – kobiety lekkich obyczajów. Oczywiście nawiązuję do kreacji scenicznej, w której jako Żaklin spotykam zmęczonego życiem, rozgoryczonego logika, odpoczywającego, dość niefortunnie, na ławeczce pod latarnią. Nieskrępowanie nie polega na braku hamulców, bardziej rozumiem je jako odwagę w sięganiu dalej, poza społecznie wytyczone granice. Nie mam na myśli łamania norm, niemniej lubię je naginać, eksperymentować. Niewpasowanie się w narzucone z góry ramy napotyka sprzeciw, w łagodniejszej formie niezrozumienie. Po przejechaniu Transalpiny i Trasy Transfogarskiej, na tylnym siodełku motocykla, postanowiłam wziąć się z bykiem za rogi i kupiłam własnego cruisera. Proszę sobie wyobrazić, że czynności przygotowawcze do jazdy zajmowały mi więcej, niż sama droga do pracy! I te spojrzenia zza firanek (śmiech). Zabawa skończyła się dwa sezony później, poległam w starciu z tirami na polskich drogach. Szczęśliwie dla mnie skończyło się na urwanym lusterku. Wybory, których dokonujemy, pociągają za sobą konsekwencje, wyobrażenia rozmijają się z rzeczywistością. Motocykl sprzedałam, wróciłam na tylne siodełko i nie płaczę. Jestem dumna, bo zmierzyłam się z własnym strachem.

Żaneta Pawlik: Miłość jest najważniejsza, wyznacza kierunek. Tę z rodzaju międzyludzkich relacji stawiałabym na drugim miejscu. Najpierw trzeba pokochać siebie, tymczasem my tak bardzo chcemy być kochani, że zapominamy o czułości względem siebie samego (fragment wywiadu). FOT. PATRYCJA MAZUREK / FOTO STYL STUDIO

Czy w kategorii łamania konwenansów można też umieścić pani decyzję o zostaniu pisarką – pardon! – w wieku średnim? Większość znanych mi autorek obyczajowych to dziewczyny 20+ i 30+, tymczasem pani jest – jeszcze raz pardon! – dziewczyną bliską (za trzy lata) pięćdziesiątki. Późny debiut, niemniej udany! Co dalej z pani pisarstwem? Będzie je pani rozwijała kosztem aktorstwa czy wycieczek motocyklowych?

Może pana rozczaruję, ale nie planowałam zostać pisarką. Co więcej, wcale się za takową nie uważam i nie wynika to z fałszywie pojmowanej skromności. Czekam na moment, w którym zacznę o sobie myśleć jak o pisarce. Trudno mi powiedzieć, co musiałoby się wydarzyć, żebym wpasowała się tę kategorię. Dla mnie pisarzami są Richard Yates, John Irving, Olga Tokarczuk. Nie odważę się stanąć z nimi ramię w ramię. Jeszcze nie dzisiaj. Uważam się za osobę pewną siebie (proszę nie brać tego za butę), ale chwiejną. Stąd w moim długoletnim, jak zdążył pan zauważyć (śmiech), życiu wielość zainteresowań. W czterdzieste urodziny spełniłam marzenie o byciu aktorką i stanęłam na deskach scenicznych. Kilka lat później spowolniłam aktywność na blogu podróżniczym, przestałam kręcić i montować filmy z niskobudżetowej tułaczki po Azji, nagrywać podcasty. Pandemia zmusiła mnie do wyhamowania, a że świat nie znosi pustki, przeobraziłam potencjał pisarski z blogowego w dłuższą formę ekspresji. Tak powstała pierwsza powieść i celowo używam określenia „pierwsza”. Nie uważam, żeby rozwój w jednej sferze blokował drugą. Energie przenikają się wzajemnie, przyciągając mnie w tę stronę, na którą w danym momencie jestem bardziej otwarta.

Przewaga bez mała pięćdziesięcioletniej dziewczyny – notabene bardzo mi się podoba to określenie – nad dwudziesto- i trzydziestolatkami polega na tym, że moje życie jest już harmonijne, ułożone. Nie muszę budować pozycji zawodowej, bo pisarstwo traktuję jak hobby, zabiegać o awans, opiekować się dziećmi. Dotarłam do momentu, w którym mam wszystko. Mogę i chcę więcej, ale nie muszę. Jestem kobietą samospełniającą się i pojmuję to jako proces. Przy czym ode mnie zależy, na którym obszarze życia zechcę się uaktywnić. Moje książki, bo „Mowy nie ma!” jest pierwszą, ale nie jedyną, bazują na doświadczeniu, obserwacji, ciekawości świata i ludzi. Jako dojrzała osoba zdążyłam zgromadzić znaczące pokłady przeżyć własnych i bliskich, by móc je przemyśleć, przetworzyć i ubrać literacko.

Nie jestem też przekonana do pańskiej sugestii, że powieści obyczajowe częściej wychodzą spod pióra młodszych dziewczyn. Moja opinia bazuje na książkach, po które sama sięgam, więc ten pogląd może nie mieć odzwierciedlenia w statystykach. Niemniej to dowodzi, że kobiety w średnim wieku poszukują historii, z którymi mogłyby się identyfikować. Współodczuwają z doświadczonymi życiowo bohaterkami, a autentyczności nadają im doświadczone życiowo autorki. Problemy dwudziestolatek są im już dalekie. Z zaskoczeniem obserwuję, że powieścią „Mowy nie ma!” zaczytują się studentki i emerytki, a także mężczyźni. Udało mi się więc stworzyć dość uniwersalną powieść, gdzie granica wieku właściwie nie istnieje. Literatura ma tę zaletę, że odpowiada na potrzeby różnych osób, z odmienną wrażliwością i percepcją. Rolą twórcy nie jest wpasowanie się w oczekiwania czytelnika. Jego zadanie polega na zaproszeniu do wykreowanego przez siebie świata, a już to, czy czytelnik z tego zaproszenia skorzysta, zależy wyłącznie od niego.

Ponieważ mam tyle lat, ile mam, pora się na coś zdecydować, ustabilizować. Robienie wszystkiego powoduje, że w wielu dziedzinach jest się dyletantem, a ja nie chcę się ślizgać po powierzchni. Czuję, że wreszcie dotarłam do miejsca, z którego nie chcę ruszać dalej. Zagłębiając się w świat teatru i literatury, dotykam tej części własnej osobowości, z którą nie miałam kontaktu, szamocząc się z plecakiem po Indiach. Całe życie dokądś biegłam i chyba wreszcie dotarłam do mety. I w tym miejscu dochodzimy do sedna. Bo meta, wbrew pozorom, jest drugą stroną linii startu. Można ją potraktować jako nowy początek. A jak wiemy z opisu na okładce, nigdy nie jest za późno (śmiech).

Żaneta Pawlik: Odnoszę wrażenie, że ludzie się opancerzają, a jeśli dopuszczą kogoś blisko, ważą słowa. Jesteśmy skostniali, sztywni, zachowania nieprzystające czterdziestolatkom budzą ironiczny uśmieszek. Dlaczego? Bo sami często nie zdobylibyśmy się na to, na co oni się porywają, z obawy przed ośmieszeniem. Albo ze strachu (fragment wywiadu). FOT. PATRYCJA MAZUREK / FOTO STYL STUDIO

Może właśnie tak powinienem zacząć: gratuluję dojrzałej książki. Widać to i w dialogach, i przeżyciach bohaterów, a także w warstwie psychologicznej i nieoczekiwanych, niewydumanych zwrotach fabuły. Powieść jest blisko życia, trzyma się twardo realiów, a główne postaci są trójwymiarowe, a nie wycięte sztancą z papieru. Jak się to pani, debiutantce, udało? Nie było łatwo? Gdzie kształtowała pani warsztat literacki?

Dziękuję, miło mi to słyszeć. Ciężko odpowiedzieć, czy było trudno. Momentami tak, przy czym największym wyzwaniem okazała się walka z prokrastynacją, nie sam proces twórczy. Pomimo towarzyszących mi obaw, powieść została przyjęta entuzjastycznie, więc mogę zaryzykować twierdzenie, że odniosłam sukces. To na potwierdzenie, że nie jestem skromna. Choć nie pozwoliłabym sobie wypowiedzieć tego na głos, gdyby nie pozytywne recenzje. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, jak udało mi się stworzyć wielowymiarowe postaci, widać mam w sobie więcej empatii, niż podejrzewałam. Raczej działam intuicyjnie. Bo pisanie zaczyna się dużo wcześniej niż stworzenie pliku z roboczym tytułem powieści. Nastrajam się na odbieranie sygnałów z otoczenia, podglądam ludzi w sklepie, sposób poruszania, mimikę twarzy. Widzę różnicę w zachowaniu tych samych osób w zależności od okoliczności, w jakich się znajdują. Rejestruję te momenty i zapamiętuję. Nie znaczy, że ktoś odnajdzie w książce siebie. Dzień, w którym odwzoruję osobę X z pełnym wachlarzem jej zachowań, będzie moją porażką. Ludzie i wydarzenia stanowią punkt zapłonu, czerpię od nich inspirację, przepuszczam przez filtr własnej wyobraźni, fantazjuję. Uszczknę coś od jednego, zmiksuję z drugim i powstaje ktoś nowy.

Jestem przekonana, że w każdym z nas drzemie jakiś talent. W każdym. Nie wszyscy mają chęć odkryć go w sobie, bo wtedy dopiero zaczyna się ciężka praca. Nie znam aktora, który zagrałby premierę, ograniczając się do pamięciówki, nauczenia tekstu. Spektakl poprzedzają wielomiesięczne przygotowania, próby. Nie inaczej jest w przypadku pisania. Można mieć tak zwane lekkie pióro, ale nie posiadać wiedzy na temat, chociażby struktury powieści, zapisywania dialogów, elementów tworzenia dramaturgii. Oczywiście można czytać w sposób analityczny, co niewątpliwie jest jednym z najlepszych rozwiązań, by nie rzec obowiązkowym, ale warto skorzystać z pomocy nauczycieli kreatywnego pisania, odnoszących sukcesy na płaszczyźnie literackiej. Ważne, żeby to nie były osoby z przypadku. Poza tym są jeszcze poradniki. Wyznaję zasadę, że w tej materii lepiej przeczytać o jeden podręcznik więcej, niż o jeden za mało.

I kolejne pytanie bliskie sztampy: dlaczego postanowiła pani napisać tę właśnie książkę? Na podstawie przeżyć własnych, czy bliskich i znajomych? Jakie doświadczenia życiowe pani przetwarza?

Zdradzę panu tajemnicę. Sto lat temu wybrałam się do wróżki. Nie takiej ze szklaną kulą, kartami i czarnym kotem. Zwykła kobieta, jaką mógłby pan spotkać w kolejce do kasy. Nie pamiętam już, jakie okoliczności mnie do niej sprowadziły, nieważne. Nastawiona byłam dość sceptycznie, chciałam zaspokoić ciekawość i sprawdzić zdolności owej wróżbitki. Zastukałam, usłyszawszy zaproszenie, nacisnęłam klamkę. Krótkie powitanie, proszę usiąść. Zajęłam miejsce na krześle przy biurku i czekam. Kobieta podnosi na mnie wzrok, patrzy i z przerażeniem stwierdza: Ale się pani w tej głowie gotuje. Oczywiście mogła zwracać się tymi słowami również do pozostałych klientów, ale skoro to zdanie zostało ze mną tak długo, miało w sobie ogromną moc. I jeśli to prawda, powinnam podjąć jakąś pracę nad sobą, wyciszyć umysł, uspokoić chaos. Pisanie wymaga ode mnie pełnego skupienia, osadzenia w tu i teraz. Bez rozproszeń, marnowania energii.

W odniesieniu do sztampy, pana pytanie jest bardzo trafne. Fakt, że posługujemy się schematami, nie powinien uchybiać. Śmiem twierdzić, że wszystko już było, w kulturze, muzyce, literaturze. Sztuką jest przedstawienie czegoś w taki sposób, żeby zainteresować odbiorcę, skłonić do przemyśleń, zostawić ślad. Zdecydowałam się na ograny temat zdrady i relacji damsko-męskiej. Mimo to próżno twierdzić, że „Mowy nie ma!” jest wyłącznie romansem. W powieści dotykam problemu alkoholizmu, przemocy domowej, kryzysu bezdomności. Odwołałam się do własnych doświadczeń – nie w sensie zero-jedynkowym, ale emocjonalnym. Jak się okazuje, wykreowany przez mnie świat nie należy wyłącznie do mnie. Wiele kobiet przyznaje, że gdyby zamienić imię Małgorzaty, jednej z postaci, na ich własne, mogłyby stać się głównymi bohaterkami. Siła „Mowy nie ma!” nie tkwi w oryginalności, a szczerości intencji.

FOT. INSTAGRAM @foto_agawa

Jak długo powstawała powieść „Mowy nie ma!” i w jakim trybie była pisana? W weekendy, nocami, gdy domownicy szli spać, w wolnych chwilach, czy też może regularnie, po kilka, kilkanaście stron dziennie?

Pomysł najpierw urodził się w mojej głowie. Nawiedzał mnie permanentnie, budził w nocy albo nie pozwalał zasnąć. Skwapliwie zapisywałam wytwory wyobraźni, żeby w momencie, w którym siądę do pisania, mieć z czego czerpać. Działam intuicyjnie, więc mowy nie ma – nomen omen – żebym pracowała w myśl sztywnego planu. Powstał ogólny zarys, wiedziałam kto z kim i dlaczego, ale bardziej przypominał szkielet, który musiałam wypełnić. Jestem typem zadaniowca, dlatego nie mam większych trudności z doprowadzeniem projektów do końca. No, może z wiekiem bardziej roztropnie wyznaczam cele. Literatury nie da się sprowadzić do liczb, jednak narzucenie dziennych/tygodniowych limitów w postaci odkreślonej ilości znaków pomogło mi panować nad postępami. Wykazałam się dużą elastycznością i jeśli w danym dniu nie zdołałam sprostać założeniom, nadrabiałam w innym. Napinanie się nie prowadzi do niczego dobrego. Znam siebie i wiem, kiedy zmęczenie stanowi wymówkę, a kiedy naprawdę lepiej odpuścić. Oczywiście w weekendy jestem w stanie napisać więcej, ale bywa i tak, że w środku tygodnia mam flow i ciężko mi się oderwać. Na pewno nie tracę z oczu finalnej daty zakończenia projektu.

Jest pani mieszkanką Górnego Śląska, lecz starannie zaciera ślady miejsca akcji. W gruncie rzeczy nie wiemy, w jakim mieście toczy się powieść. Czy to nieważne? Możemy tylko domyślać się z pewnych wskazówek, na przykład takich, że samochód ma rejestrację katowicką (SK…) albo że Małgorzata wyrusza do domku w Beskidach i dociera tam bardzo szybko, a jej córka lubi kluski śląskie (gumowate). To celowy zabieg? Nigdzie, czyli wszędzie? Takie problemy i wielkie uczucia mogą spotkać każdego z nas?

W tej powieści miejsce akcji nie ma znaczenia. Wolałabym, żeby czytelnicy bardziej odwoływali się do stanów wewnętrznych postaci, niż rozgryzali, dlaczego akurat SK, a nie WE. Teraz, gdy pan o to zapytał, zdałam sobie sprawę, że czerpałam z tego, co przeze mnie oswojone, znane. Kluski śląskie bardzo lubię, użyłam ich bezrefleksyjnie. Nie pomyślałam, że jako potrawa regionalna mogą przykuć czyjąś uwagę. Dziękuję za tę wskazówkę, przyda się na przyszłość. W „Mowy nie ma!” więcej uwagi poświęciłam odwzorowaniu pracy ratowników medycznych, przedstawieniu kondycji opieki zdrowotnej w naszym kraju. Sprowadziłam historię na grunt określonych zawodów, a już to, czy dana placówka mieści się w miejscowości X czy Y było drugorzędne.

Kto był prototypem brodatego Adama, do kogo podobna jest Małgorzata, a na kim wzorowała pani rewelacyjną Klaudynę, która wnosi do powieści dużo kolorowego życia i celnych przemyśleń?… Główni bohaterowie reprezentują ratowników medycznych i nauczycieli. Przypadek czy też doskonała znajomość tych właśnie środowisk zawodowych?

Wiele miejsca w powieści pozostawiłam przypadkowi, ale najważniejsze kwestie miałam ustalone. Bohaterowie prowadzili mnie przez tę opowieść, pozwoliłam im mówić. Byłam bardziej słuchaczką, spisującą relację. Nie istnieje ktoś taki, jak prototyp postaci. Bardziej wypełniają deficyty z mojego realnego świata. Sama chciałabym mieć taką przyjaciółkę jak Klaudyna, ale z wiekiem trudniej nam się otwierać przed innymi. Kto wie, może licealne przyjaźnie mogą trwać niezłomnie, nawiązywanie głębokich relacji w dorosłym życiu bywa ryzykowne. Odnoszę wrażenie, że ludzie się opancerzają, a jeśli dopuszczą kogoś blisko, ważą słowa. Jesteśmy skostniali, sztywni, zachowania nieprzystające czterdziestolatkom budzą ironiczny uśmieszek. Dlaczego? Bo sami często nie zdobylibyśmy się na to, na co oni się porywają, z obawy przed ośmieszeniem. Albo ze strachu, choć oczywiście nie przyznamy się nawet przed sobą. Niby wszyscy chcemy być oryginalni, a gdy widzimy, że ktoś nie wpisuje się w normy społeczne, mówimy „dziwak, odmieniec”. Adam jest zlepkiem kilku ratowników medycznych, których pracę śledziłam w mediach społecznościowych. Małgośce i Klaudynie prawdopodobnie oddałam dużo własnych cech, ale też wyposażyłam je w przymioty, których mnie brakuje. Naprawdę niemożliwe jest wskazanie palcem: to i to jest moje, tamto cioci Stasi, a jeszcze tamto pani z warzywniaka. Postaci są kreacją, fikcją, ale na tyle wiarygodną, że czasem smutno mi, że nigdy się nie spotkamy. Zawód nauczycielki był mi potrzebny z czysto praktycznych pobudek. Gośka musiała mieć wolne ferie zimowe i wakacje. Trochę też dla kontrastu z pracą męża. Zestawiłam dwa jakże odmienne światy. Tutaj możemy się pokusić o pewną analogię, gdyż mój mąż i ja reprezentujemy te zawody, choć przekornie w powieści odwróciłam role.

Małżeństwo, kryzys, awantury, zdrada, troska o dzieci, rozwód i mnóstwo życiowych komplikacji. Wszystko ma jakąś przyczynę, zawsze ktoś jest czemuś winny, często padają ostre, brutalne, raniące słowa, z których ciężko się później wycofać. Czy w takiej gmatwaninie problemów jest jeszcze miejsce na delikatność, lirykę, miłość? Świetnie udało się pani pokazać rodzące się uczucie i udowodniła pani, że nigdy nie jest za późno, by kochać prawdziwie. Tak to jest w niełatwym naszym życiu? Wierzy pani, że szczere uczucie przezwycięży wszystkie kłopoty? Nie daje pani jednak prostych, łatwych recept…

Nie ja to wymyśliłam. Wszystko ma swoją przyczynę i skutek, dlatego z uwagą powinniśmy przyglądać się własnym zachowaniom, a jeszcze wcześniej myślom. Zejść głębiej, do podświadomości, obejrzeć pod światło, co się w niej kryje. Nie pozwolić kierowcy z tylnego siedzenia nadawać ton. Do tego potrzebna jest głęboka analiza, refleksja. A my uciekamy do tego, bo, podobnie jak z talentem, nabycie świadomości jest przyczynkiem do ciężkiej pracy nad sobą. Łatwiej powiedzieć jestem, jaki jestem. To ucieczka, droga na skróty.

Uważam, że miłość jest najważniejsza, wyznacza kierunek. Tę z rodzaju międzyludzkich relacji stawiałabym na drugim miejscu. Najpierw trzeba pokochać siebie, tymczasem my tak bardzo chcemy być kochani, że zapominamy o czułości względem siebie samego. Wydaje się nam, że dając coś, możemy liczyć na wzajemność, a w życiu bywa różnie. Kochać powinno się bezwarunkowo, czy ktoś tak potrafi? A potem przychodzi zawód, bo jakże to – oddałam całego/całą siebie, a on/ona taki/taka niewdzięczny/niewdzięczna. Miłość stawiałabym na równi z pracą nad związkiem, bo o uniesienia łatwiej na początku, są naturalnie wpisane w rodzące się uczucie. Z czasem szarość codzienności zaczyna przesłaniać drugiego człowieka. Żeby wydobyć go z mgły, warto odłożyć na bok oczekiwania i dać z siebie to, czego nam samym brakuje. Tyle w teorii (śmiech).

Żaneta Pawlik: W czterdzieste urodziny spełniłam marzenie o byciu aktorką i stanęłam na deskach scenicznych. Kilka lat później spowolniłam aktywność na blogu podróżniczym, przestałam kręcić i montować filmy z niskobudżetowej tułaczki po Azji, nagrywać podcasty. Pandemia zmusiła mnie do wyhamowania, a że świat nie znosi pustki, przeobraziłam potencjał pisarski z blogowego w dłuższą formę ekspresji. Tak powstała pierwsza powieść (fragment wywiadu). FOT. PATRYCJA MAZUREK / FOTO STYL STUDIO

W swojej książce przemyca pani niekiedy pewne tezy dydaktyczne (Kiedy stajesz się rodzicem, własne dobro definiujesz przez pryzmat dobra twojego dziecka) i sporo wiedzy dotyczącej na przykład pierwszej pomocy medycznej. Proza obyczajowa może się łączyć z tego rodzaju poradnictwem i zawierać elementy wychowawcze?

I tak, i nie. Nie stawiałam sobie za cel edukować czytelników, jeśli zahaczyłam o tę płaszczyznę, to tylko dlatego, że moi bohaterowie tak mnie poprowadzili. Trudno pisać o pracy ratownika medycznego, nie zagłębiając się w specyfikę tego zawodu. Większą swobodę zyskałam, odnosząc się do relacji rodzicielskich, sama jestem matką. Nie ma niczego nadzwyczajnego w tym, że dobro własnego dziecka stawiamy ponad własne. Żadna w tym nasza zasługa, tak zostaliśmy wyposażeni przez naturę. Wracając zaś do bezwarunkowej miłości, w relacji rodzic-dziecko jest bardziej niż oczywista, choć w drugą stronę już niekoniecznie. A przynajmniej w fazie burzy hormonów, później to się normuje.

Chętnie dowiedziałbym się, jak pani powieść przyjęli najbliżsi i znajomi, kto był jej pierwszym czytelnikiem, z jakimi spotkała się ocenami w pani otoczeniu, jak reagują postronni mole książkowi?

Pierwszym czytelnikiem był mój mąż, a z racji uprawianego zawodu i pracy z młodymi artystami wykształcił umiejętność konstruktywnej krytyki. Po cichu liczyłam na łagodność i pochwały, tymczasem spotkałam się z rzetelną i chłodną oceną. Doceniam, że pomimo związków emocjonalnych wyszedł poza układ mąż-żona i pomógł mi dostrzec miejsca wymagające dopracowania. Bliska rodzina jest oddana każdemu mojemu pomysłowi, dopinguje mnie, pomaga w promocji. Ich wsparcie jest szalenie budujące i napędza do dalszej pracy. Objawili się też dalsi znajomi, z którymi nie miałam kontaktu od podstawówki. Gratulacje, prośby o dedykację w książce. Każdy gest życzliwości wiele dla mnie znaczy.

I na koniec tradycyjne pytanie: czym nas pani teraz zaskoczy? Nad jaką powieścią postępują prace? A może zmieni pani gatunek literacki i wkroczy w świat kryminałów lub horrorów? Proszę się nie krępować z odsłanianiem tajemnic…

Jeśli odsłonię wszystkie tajemnice, jak zdołam zaskoczyć czytelników? Mogę zdradzić, że wraz z wydawnictwem Zysk i S-ka pracujemy nad redakcją powieści, która dotyka problemu uzależnień, całość spina wątek trudnych relacji uczuciowych. Wykorzystuję też doświadczenie z podróży po Indiach, choć symbolicznie. Więcej w swoim czasie – będziemy mieli powód, żeby spotkać się ponownie (śmiech). Na zmianę kursu jeszcze za wcześnie. Dopuszczam możliwość romansu z innym gatunkiem, ale w dłuższej perspektywie, może kilkuletniej. Na razie chciałabym osadzić się w tematyce, którą czuję najlepiej. A powieści obyczajowe to samo życie, więc nie sądzę, żeby zabrakło mi inspiracji. Czytuję wiele kryminałów i buzia mi się uśmiecha na myśl, że mogłabym zmierzyć się z tym gatunkiem. Jednak nie dalej jak miesiąc temu, w rozmowie z pewną blogerką, powiedziałam, że kryminału na pewno nie napiszę. Dziś już nie jestem taka pewna. Być może powieść historyczna, ale nie powiem, w jakiej czasoprzestrzeni osadzona, bo jeszcze sama nie wiem. Mogę sobie planować, ale wystarczy, że jakaś postać mnie odwiedzi, zaprosi do siebie, a ja pójdę za nią. Jestem jedynie narzędziem. Sam pan widzi, to właśnie ta chwiejność, o której wspominałam. Jedno jest pewne, ze mną na pewno nie będzie nudno.

Dziękuję za rozmowę.

Było mi bardzo miło, dziękuję.

FOT. INSTAGRAM @foto_agawa

ŻANETA PAWLIK. Urodzona w 1975 roku. Pisarka i aktorka w Lekkim Teatrze Przenośnym w Chorzowie. Grała przykładne piastunki ogniska domowego, ekscentryczne staruszki i uciesznice sprzedajne. Żona i matka. Zadebiutowała w Zysk i S-ka Wydawnictwie w czerwcu 2022 powieścią obyczajową „Mowy nie ma!” (na popularnym portalu www.lubimyczytac.pl książka zdobyła już średnią ocen 8,4/10). Laureatka XVIII Turnieju Sztuki Recytatorskiej „Promuj Śląsk”, organizowanego przez Chorzowskie Centrum Kultury, na którym zajęła pierwsze miejsce. Fascynatka jazdy na motocyklu, którym wraz z mężem przejechała Trasę Transfogarską (Transfăgărășan) i Transalpinę (Drum național), najwyżej położone drogi w Rumunii oraz całą Chorwację. Odpoczywa w podróży, najchętniej włócząc się z plecakiem po Azji. Więcej o autorce na jej stronie domowej www.zanetapawlik.pl.

KONKURS CZYTELNICZY

Dzięki uprzejmości Zysk i S-ka Wydawnictwa (www.zysk.com.pl) ogłaszamy dla Czytelników LADY’S CLUB konkurs, w którym można zdobyć 3 egzemplarze książki Żanety Pawlik Mowy nie ma! Otrzymają je ci z Państwa, którzy pierwsi odpowiedzą na pytanie: W jakich dziedzinach życia może występować prokrastynacja, o której wspomina autorka, i dlaczego jest problemem społecznym? Odpowiedzi wysyłajcie na adres: redakcja@ladysclub-magazyn.pl.

REGULAMIN

1. Nagrodę w konkursie stanowią 3 książki Żanety Pawlik Mowy nie ma!, ufundowane przez Zysk i S-ka Wydawnictwo.

2. Rozdanie przewiduje 3 zwycięzców – każdy z nich otrzyma po jednym egzemplarzu książki.

3. Rozdanie trwa od 28 lipca 2022 roku do wyczerpania nagród.

4. Do rozdania można zgłosić się tylko raz.

5. Zadanie polega na udzieleniu odpowiedzi na pytanie dotyczące książki: W jakich dziedzinach życia może występować prokrastynacja, o której wspomina autorka, i dlaczego jest problemem społecznym?

6. Spośród nadesłanych odpowiedzi redakcja wyłoni 3 zwycięzców.

7. Wyniki zostaną ogłoszone pod recenzją książki na stronie LADY’S CLUB.

8. Zwycięzcy mają 3 dni na przesłanie na adres redakcja@ladysclub-magazyn.pl swoich danych do wysyłki nagrody drogą pocztową; w przypadku braku takiej informacji w wyznaczonym czasie zostanie wybrana kolejna osoba.

Napisano w Pan Book

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress