NA BAGNACH NIE ZAWSZE ZBRODNIA SPOTYKA SIĘ Z KARĄ. Recenzja

STANISŁAW BUBIN

Drugi – po debiutanckim, znakomicie przyjętym „Powrotnym z Wrocławia” – kryminał Artura Żurka nosi tytuł „Strzygoń” i mógłby on sugerować, że chodzi o wysysającego krew bagiennego potwora albo o straszydło, zjawę, maszkarę, upiora, widmo, demona, bestię i co tam jeszcze ze strzygą nam się kojarzy. Ale to kamuflaż. Ani wampiry, ani inne nadprzyrodzone siły nie pojawiają się w książce. Miłośnicy horrorów poczują się pewnie zawiedzeni, chyba że lubią thrillery, w których najbardziej straszą… ludzie. Źli ludzie. I o tym właśnie jest nowa książka Żurka. Gęsiej skórki dostajemy, śledząc poczynania głównych bohaterów, zamkniętych w niewielkim drewnianym pensjonacie Strzygoń na skraju nieprzebytych bagien i puszczy, gdzieś we wschodniej Polsce, tuż przy granicy białoruskiej.

Artur Żurek, „Strzygoń”. Wydawnictwo Initium (www.initium.pl), Kraków 2023. Stron 352.

Nasuwa się pytanie, przez kogo ci ludzie zostali zamknięci i czy nie spotkaliśmy się już z sytuacją odcięcia od cywilizacji pewnej grupy ludzi w mrocznym schronisku lub jakimś innym strasznym domu, w którym ktoś zaczyna mordować? Tak, wielokrotnie autorzy sensacji sięgali po ów schemat i zazwyczaj sprawdzał się on niezawodnie, choćby w powieściach Agathy Christie. Oczywiście Artur Żurek świetnie zna wzory wypracowane przez mistrzów filmu i literatury, odwołuje się zresztą do ulubionej brytyjskiej autorki powieści kryminalnych, więc w żadnym razie nie jest to kiepskie naśladownictwo. Korzystając z typowych rozwiązań, autor tworzy zupełnie nową, zaskakującą jakość. Zazwyczaj jedną z głównych postaci w takich książkach jest prywatny detektyw albo oficer policji, czasami zdolny amator, wyposażony w umiejętność dedukcji, tymczasem w książkowym „Strzygoniu” nikt taki się nie pojawia, choć giną ludzie.

W pensjonacie goście uwięzieni zostali przez siły natury. Nad te nieprzebyte bagienno-leśne rubieże nadciągnęła nawałnica, która pozrywała linie energetyczne, wyłączyła sieć internetową, zatarasowała drogi powalonymi drzewami i gałęziami. Kiedy jeszcze było normalnie, przed pandemią i ustanowieniem na wschodniej granicy strefy stanu wyjątkowego (miała zahamować falę uchodźców, wpychanych na siłę do naszego kraju przez reżim Łukaszenki), niewielki oryginalny pensjonat w Przybagniu przyjmował regularnie kilkunastu szukających spokoju gości i zatrudniał sześcioosobowy personel. Jednak po trzech latach nieustannego kryzysu warszawski właściciel obiektu stracił do niego serce, a przed ostateczną ruiną, za niewielkie wynagrodzenie, pensjonat próbowało ratować dwoje miejscowych mieszkańców, Polina i Roman, oboje w dość już podeszłym wieku. W nadziei na lepsze czasy w jednym z sześciu pokojów Strzygonia mieszka od kilku miesięcy niezbyt doceniany pisarz Henryk Zamroz, a od paru tygodni w drugim pokoju przebywają Katarzyna i Krzysztof Markowscy z Krakowa, para w średnim wieku udająca małżeństwo, rzekomo zainteresowana naturą i sportem wyczynowym. Cztery pozostałe pokoje są wolne. Tuż przed burzą pojawił się jeszcze jeden mężczyzna – pokancerowany, poobijany Emil. Jak się wkrótce okazało, niespecjalnie kochany syn pisarza. Relacje pomiędzy gośćmi nie układają się zbyt dobrze. Pisarz, który na tym odludziu próbuje dokończyć nową książkę, nie jest zadowolony, że Markowscy wciąż się o coś kłócą i że na domiar złego pojawił się syn, którego nie widział od lat. Szybko też dostrzegł, że Markowscy przed kimś się ukrywają, a Emil dostał się do Strzygonia po jakichś groźnych przejściach. W dodatku ma nieprzeparte wrażenie, że Emila łączy coś z Markowską, lecz natury tej znajomości nie potrafi się domyślić. Rzecz jasna nie były to spostrzeżenia ułatwiające pracę literacką, a kiedy nawałnica nad bagnami rozpętała się na dobre i dzika przyroda w pełni ukazała swoją moc, niespodziewanie Roman przyniósł na rękach odnalezioną w lesie półżywą dziewczynę, wyglądającą na Syryjkę lub Kurdyjkę, zapewne ofiarę prześladowań politycznych, uciekinierkę.

Kiedy nawałnica nad bagnami rozpętała się już na dobre i dzika przyroda w pełni ukazała swoją moc, niespodziewanie przyniósł na rękach odnalezioną w lesie półżywą dziewczynę, wyglądającą na Syryjkę lub Kurdyjkę (fragment recenzji).

To jest moment zwrotny w całej akcji, ponieważ jeszcze mocniej antagonizuje grupę. Co zrobić z uratowaną młodą kobietą? Wezwać policję i wydać ją władzom? Należałoby najpierw przywołać pomoc, lecz łączność jest zerwana. Trzeba się przede wszystkim nieznajomą zaopiekować – przebrać ją, wysuszyć, ogrzać, nakarmić. To naturalne ludzkie odruchy, które jednak w pensjonacie przybierają wymiar karykatury. I rodzą podejrzenia, że dziewczyna nie pojawiła się w tym miejscu przypadkiem. Ujawniają się postawy ksenofobiczne i rasistowskie, niby w formie żartów. Skąd Polina wiedziała, że nieznajoma jest muzułmanką? Przecież kurę na rosół zabiła wcześniej… I jak to się stało, że właśnie Roman odnalazł ją w lesie, w ciemnicy, w oku cyklonu? Może już wcześniej pomagał uchodźcom… I nagle szok! Dopiero co uratowana dziewczyna ginie z rąk mordercy. Nakarmili ją, ogrzali, zanieśli do łóżka w pokoju na piętrze. Miała zasnąć, odpocząć, wyspać się, odzyskać siły. Gdy ktoś zajrzał do jej pokoju, żeby sprawdzić, czy z chorą wszystko w porządku, znalazł ją martwą. Leżała na plecach na białym prześcieradle, jej drobne, nagie ciało było ułożone w pozycji gwiazdy, czarne szeroko rozwarte oczy patrzyły w sufit. Z ust wystawał kamień, a pomiędzy piersiami sterczał pionowo pręt zbrojeniowy. Czerwona struga krwi spływała ze śnieżnobiałej pościeli.

Powieść „Strzygoń” okazała się niejednoznaczna aż do końca. Jak w życiu, kiedy nie zawsze na zbrodnię czeka kara, nie zawsze prawo działa w imię sprawiedliwości i nie zawsze mordercy zostaną złapani (fragment recenzji).

Co to za rytualna pozycja? O jakie symbole chodziło? Komu ona zawiniła? Stało się jasne, że wśród osób oglądających zwłoki dziewczyny w świetle mrugających lamp naftowych i świec znajduje się morderca. Przecież nikt inny nie miał dostępu ani do chorej, ani do pensjonatu. Tylko jedno z nich mogło popełnić tę zbrodnię. I tylko jedno miało motyw. Ale jaki? Jak się dowiedzieć, o co chodzi, gdy każdy coś ukrywa, każdy ma jakąś tajemnicę i wszyscy patrzą na siebie wilkiem? Jedno jest pewne – nie zrobił tego żaden potwór z bagien. Wszyscy są zbyt pewni siebie, zbyt nowocześni, żeby wierzyć w te ludowe brednie. Wydawać by się mogło, że w tym momencie akcja powieści wskoczy w typowe koleiny, że pisarz Henryk Zamroz, który, jak pamiętamy, kończy właśnie kolejną powieść sensacyjną, stanie się kimś w rodzaju detektywa Herkulesa Poirota i szybko, jeszcze przed przyjazdem policji, rozwiąże zagadkę, nim oczywiście zginie ktoś następny. Jednakże Artur Żurek nie byłby sobą, gdyby nie wymyślił czegoś zupełnie innego. Owszem, Henryk Zamroz spróbował nieudolnie zabawić się w detektywa, lecz szybko zrezygnował z tej roli, bo pensjonatem zaczęła rządzić zbiorowość. Wszyscy bowiem zdali sobie sprawę, że kiedy drogi zostaną odblokowane, pojawi się internet i odezwą się telefony komórkowe, wróci do nich cywilizacja, a wraz z nią dociekliwa policja i równie ciekawska prasa, może nawet telewizja, bo przecież śmierć uchodźczyni to temat dla reporterów. Zaczną węszyć, sprawdzać, pytać, a każde z nich miało przecież swoje sekrety i tajemnice do ukrycia. Z przeszłości i teraźniejszości. I dlatego zbiorowo zdecydowali, że jeśli ciało dziewczyny i wszelkie ślady po niej znikną w bagnach tak szybko, jak szybko się pojawiły, nikt się nie zjawi i o nic nie będzie pytał. Łatwo się domyślić, że wykonanie tej decyzji nie okazało się takie proste, bo są ślady, które pozostają na zawsze. A każdy czyn rodzi trudne do przewidzenia konsekwencje. Są one jak kamień wrzucony w wodę – zataczają kręgi i rozchodzą się coraz szerzej i szerzej. Bagna przyjmują ciała, ale mogą też je ujawniać. Mieszkańcy Strzygonia nie mieli świadomości, że o dziewczynę upomni się ktoś z Warszawy, że na rasowym motocyklu przyjedzie do pensjonatu prawdziwy prywatny detektyw Jędrzej Gola, że wokół pensjonatu zacznie krążyć tajemniczy mściciel, że nadinspektor Piotr Cydzik, komendant główny policji, wyśle do Przybagnia swojego specjalnego człowieka, że ich los złączy się z losem siedmiu zamordowanych w całej Polsce księży i że wpływ na nich będą mieli także podopieczni nieodległego obozu terapeutycznego, kierowanego przez Agnieszkę, charyzmatyczną psycholożkę.

Co mnie jednak w tej książce najbardziej zaskoczyło? Informacja, że Zamroz nie przebywał w Strzygoniu z własnej woli i że jego nazwisko było pseudonimem, ponieważ chciał ukryć przed światem swoje prawdziwe geny. Nie wyjawię jakie, nie chcę pozbawiać nikogo momentu zaskoczenia. Nawet oficer policji Jan Kowalski, człowiek w skórzanej marynarce, kamienna twarz, jak o nim mówiono, nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak Zamroz, kiedy potwierdzał synowi swoją prawdziwą tożsamość. Powieść „Strzygoń” okazała się niejednoznaczna aż do końca. Jak w życiu, kiedy nie zawsze na zbrodnię czeka kara, nie zawsze prawo działa w imię sprawiedliwości i nie zawsze mordercy zostaną złapani. Czasami sekrety spoczną na zawsze na dnie bagien, czasami rozpłyną się w dobrym alkoholu u ministra spraw wewnętrznych, a bywa, że nieustraszony mściciel sam sobie wbije sztylet, nim dopełni swojej misji. To wszystko i jeszcze więcej znajdziecie w świetnej książce Artura Żurka.

Autor jest psychologiem, ale też inwestorem na rynkach finansowych. Wrocławianinem z urodzenia, który po ponad trzydziestu latach pracy dla globalnych firm doradczych i banków odważył się oddać swoim marzeniom i zamiłowaniom: podróżom i pisaniu. Jedno i drugie wychodzi mu znakomicie. Recenzję z poprzedniego kryminału Artura Żurka możecie przeczytać tutaj: https://ladysclub-magazyn.pl/pan-book/strzez-sie-przyjezdnych-kobiet-recenzja/.

Napisano w Pan Book

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress