WUJASZEK WANIA CIERPI W SZKLARNI

Recenzja magazynu Lady’s Club

1-teatr_polski_wujaszek_wania_3782

NA BIELSKIEJ SCENIE POJAWIŁO SIĘ ARCYDZIEŁO ŚWIATOWEGO DRAMATU – „Wujaszek Wania” Czechowa w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza. To już trzecia inscenizacja „Wujaszka” w dorobku artystycznym tego wybitnego reżysera (po Poznaniu i Krakowie). Jak żartował Śmigasiewicz na konferencji prasowej przed premierą w Bielsku-Białej – pewien niewymieniony z nazwiska recenzent jeździ za nim z miasta do miasta, żeby sprawdzić, czy twórca się nie powiela, nie popełnia autoplagiatu. Nie widziałem poprzednich realizacji tego reżysera, więc muszę mu zawierzyć – jak i widzowie Teatru Polskiego – że każde z tych przedstawień było inne, nowe, że geniusz Czechowa pozwala na nieskończoną ilość odczytań i interpretacji. Jaka jest zatem bielska sztuka? Ma w sobie ogromny potencjał – to powiedzmy najpierw. Uzmysławia potęgę szeroko rozumianej teatralności i – co chyba najważniejsze – przemawia do wyobraźni współczesnego widza. Okazuje się bowiem, że choć żyjemy w zgoła odmiennej epoce, choć nasza rzeczywistość inaczej pulsuje, problemy targające ludźmi, ich dylematy, wątpliwości, są wciąż takie same. Zmieniają się zewnętrzne okoliczności, upadają porządki świata i ustroje, lecz nasze uczucia, marzenia i tęsknoty, nasze bóle egzystencjalne, są wciąż takie same.

WUJASZKIEM WANIĄ W PRZEDSTAWIENIU JEST IWAN WOJNICKI, syn Marii i zmarłego radcy tajnego, brat nieboszczki Wiery Pietrowny, która zostawiła po sobie dorosłą już (gdy rozpoczyna się akcja dramatu) córkę Sonię i męża Aleksandra Sieriebriakowa. Wdowiec szybko pojął za żonę o wiele od siebie młodszą, piękną i powabną Helenę. Zdarzenia rozgrywają się na wsi, w majątku zarządzanym przez Wanię i Sonię. Przyjazd profesora i Heleny burzy, choć nieznacznie, ustalony dotąd rytm życia w gospodarstwie. Kobiety wciąż sądzą, że Sieriebriakow to człowiek uczony, godny szacunku, z dorobkiem, lecz Iwan nieoczekiwanie pojął, że to nieprawda i że coraz bardziej szwagra nienawidzi. Kiedyś pęczniał z dumy, że ma krewnego uczonego, wysyłał mu ciężko zarobione pieniądze, aby profesor mógł oddawać się pracy naukowej. W istocie Sieriebriakow nie osiągnął nic, pieniądze poszły na marne, a wujaszek Wania nieprzytomnie zakochał się w Helenie, co jeszcze bardziej wzmogło jego pogardę wobec chorowitego i stękającego profesora. Do tego dochodzi nieszczęśliwa, także nieodwzajemniona miłość Soni do doktora Michała Astrowa, który często odwiedza ich dom. Jak się dość szybko okazało – również z powodu pięknej Heleny. Żona profesora skłonna była nawet wdać się w romans z doktorem, ale zrobiło jej się żal pasierbicy Soni, z którą dopiero co pojednała się. Egoistycznie do życia nastawiony Sieriebriakow zwołuje wkrótce naradę rodzinną, na której przedstawia zdumiewająco nierealną propozycję sprzedania całej posiadłości, bo pragnie za uzyskane pieniądze przenieść się… do Finlandii. Na los krewnych nie zważa. Wania nie wytrzymuje, tłumiona gorycz wybucha, wylewa przed bliskimi wszystkie swoje żale, idzie do pokoju po rewolwer, strzela trzy razy z bliska w kierunku Sieriebriakowa, jednak żadna kula nie trafia celu. Po tym zajściu Helena z mężem natychmiast pakują się i wyprowadzają z powrotem do miasta, a Wania i Sonia, ponownie skazani na swoje towarzystwo, znów będą pracować na rzecz profesora-utracjusza.

TE WYDARZENIA – Z POZORU DYNAMICZNE I BURZLIWE – NIE ODZWIERCIEDLAJĄ JEDNAK ŻADNEJ DYNAMIKI i poza incydentem z rewolwerem w najmniejszym stopniu nie są dramatyczne. Nie mogą być. Doktor Astrow mówi to wprost pięknej Helenie, oskarżając ją i profesora o zły wpływ na otoczenie: Przyjechała pani tutaj ze swoim mężem i wszyscy, co tu pracowali, grzebali się, coś tam tworzyli – wszystko musieli rzucić i przez całe lato zajmować się podagrą pani męża i panią. Oboje – on i pani – zaraziliście nas swoim nieróbstwem. Nieróbstwo łączy się z niemożnością działania. Profesor całe dnie siedzi w swoich księgach, udaje, że coś tworzy, ale nie tworzy, nic z tego nie wynika. Helena śpi, je, pije herbatę, przeciąga się, ziewa i wyzywająco prowokuje mężczyzn, ale to wszystko, na co ją stać. Sonia wodzi oczami za doktorem i narzeka, że siano zgniło po burzy, ale nie robi nic, żeby nie zgniło. Doktor pije wódkę i trzeźwieje, zastanawiając się, kiedy i jak zdobyć Helenę, a także nad wycinką lasów i zanikaniem dzikiej zwierzyny. Lecz z tego też niewiele wynika. Raz jeden tylko próbuje się zbliżyć do Heleny, dotknąć jej ciała, ale odskakuje jak oparzony. Heleny nie posiadł, lasów nie uratował. Wszystko utopia!

SCENĘ WYPEŁNIA STARA SZKLARNIA Z POBITYM SZKŁEM, usychającymi kwiatami, powojami i opadłymi liśćmi (znakomita, sugestywna scenografia Macieja Preyera). Ona jest symbolicznym wyobrażeniem tego umierającego świata. Stara szklarnia i stara służąca, która siedzi gdzieś w tyle i jest świadkiem odchodzenia świata, raz tylko zdobywając się na komentarz. Co tu gadać po próżnicy, jak niczego nie można zmienić? Przeszło lato, nadeszła jesień, świat roślin niezauważenie umarł w ciszy, a na tle żółknącej roślinności usychają ludzie: z tęsknoty za niespełnioną miłością, z chęci wyrwania się gdzie indziej, z niemożności zrealizowania pragnień, z nieumiejętności porozumienia się z innymi. Ja chcę żyć! – wykrzykuje w pewnym momencie zrozpaczony Wania, ale zaraz potem opada i wraca do swoich powolnych, rytualnych zachowań. Każda postać z tego przedstawienia przeżywa klęskę po swojemu, każda wie, że jest ona nieuchronna i każda jest boleśnie samotna. Bohaterowie po uszy tkwią w marazmie teraźniejszości, nie mogąc się wyzwolić z okowów czasu. Wspominają, narzekają, wzdychają, owijają się linami melancholii, ale nie mogą, nie potrafią zaprojektować przyszłości, wyrwać się, uciec, zacząć coś od nowa.

W ROGU SCENY STOI WIELKI SZAFKOWY ZEGAR. To nie jest przypadkowy rekwizyt, bo nieprzypadkowo co i rusz każdy z bohaterów pyta, która godzina, po czym przesuwa wskazówki. Popychanie czasu do przodu też niczego nie zmienia, bo odmierzane równo godziny potęgują tylko smutek stagnacji. Nie wiadomo, kiedy kończy się jedna pora roku, a zaczyna druga, nie wiadomo, kiedy jest dzień, a kiedy noc (misterna gra światłem), nie wiadomo, czy już się rozwidnia, czy dopiero ściemnia. Jak w tej sytuacji wyrwać się z niewoli czasu i samotności? Helena rozwiązuje swoje problemy przez ucieczkę, chociaż ucieczka nic w jej życiu nie zmieni, nadal będzie miała starego, stetryczałego dziada za męża, bo jej się kiedyś zwidziało, że Sieriebriakow to wielki uczony. I bogaty! Sonia z pokorą poddaje się losowi, jak to robiła zawsze, popychana i przestawiana przez innych jak mebel. Doktor i Wania upewniają się w przekonaniu, że zmarnowali życie, bo w istocie zmarnowali, nie zaznając szczęścia. Pozostaje im jedynie refleksja: „=Ci, którzy będą żyli za sto, za dwieście lat i którzy będą nami gardzić za to, żeśmy tak głupio, tak bez smaku przeżyli nasze życie – ci może znajdą środki, żeby być szczęśliwymi, ale my…

CZECHOW OPOWIADA NAM O ŻALU ZATRUWAJĄCYM DUSZĘ. O ludzkim rozczarowaniu i lękach codziennych. O wielkim smutku z tego powodu. O niemożności wyrwania się na zewnątrz, z zaklętego układu. Rozczarowanie dotyczy wielu aspektów życia: miłości, ideałów, marzeń. Nic, ale to nic nie może się spełnić – co najwyżej może być namiastką, udawaniem, pozorowaniem. Niekiedy bohaterowie wyglądają jak eksponaty w opustoszałej galerii, a ich osamotnienie delikatnie podkreśla jeszcze nostalgiczna, nienatrętna, dobiegająca z daleka muzyka, którą napisał Mateusz Śmigasiewicz. Może mogliby się zbuntować, może mogliby kogoś zastrzelić, może mogliby nawet popełnić samobójstwo (czemuż by nie, skoro puste życie doskwiera!), ale buntują się tylko w obrębie swojej duszy, strzelają jak Wania do Sieriebriakowa, żeby wystrzelić parę razy, lecz nie trafić (byłyby potem same urzędowe kłopoty!), a samobójcze myśli przychodzą im z taką częstotliwością, jak następujące po sobie poranne herbaty około siódmej i obiady około siedemnastej.

NOWOŚCIĄ W BIELSKIEJ INTERPRETACJI JEST ODMŁODZONY ZESPÓŁ AKTORSKI. Zwłaszcza Sieriebriakow nie przypomina schorowanego, trapionego podagrą starca, ale skoro na poły realistyczna, na poły metaforyczna konwencja przedstawienia dopuszcza rozegranie zdarzeń w zrujnowanej szklarni, to i Sieriebriakow może być w tej scenerii człowiekiem udającym uczonego, który tak naprawdę myśli tylko o zdobyciu pieniędzy ze sprzedaży majątku i życiu na koszt innych. Profesor Sieriebriakow w ujęciu Jerzego Dziedzica nie budzi ani trochę sympatii, ponieważ wciąż analizuje przeróżne swoje dolegliwości, z podagrą na czele, a przecież wiemy, że nic specjalnie mu nie dolega. Zapomina o nich natychmiast, kiedy musi rączo zmykać przed rewolwerem Wani, albo kiedy trzeba szybko pozbierać swoje książki i opuścić gospodarstwo. Z kolei wujaszek Wania w kreacji Michała Czaderny nie wydaje ani bardziej interesujący niż doktor Astrow (Piotr Gajos), ani bardziej od niego przekonujący. Te dwie postaci, moim zdaniem, za bardzo się na siebie nakładają, za bardzo są podobne, w każdym razie obaj nie wyglądają na zakochanych po uszy romantyków. Wania zbyt młodo wygląda, by mówić do niego per wujaszku, poza tym nie do końca nas przekonuje, gdy zapewnia, że tyle lat zmarnował na wysyłanie profesorowi pieniędzy. Na tle mężczyzn rewelacyjnie wypadają za to panie. Helena w seksownym ujęciu Oriany Soiki jest fascynująca, a ta fascynacja płynie z uwielbienia dla jej urody, która jest zjawiskowa wśród bezbarwnych postaci z otoczenia. Oriana Soika bez wątpienia skupia na sobie uwagę mężczyzn, jest wyniosła, a jednocześnie wrażliwa i świadoma swoich powabów. Uwodzi nie tylko mężczyzn, ale i nieszczęśliwie zakochaną Sonię, zmysłowo wodząc palcami po jej ustach, kiedy zrozpaczona dziewczyna wykrzykuje, że jest brzydka. Pikantny szczegół erotyczny. Z kolei Sonia w interpretacji Darii Polasik-Bułki jest przez cały czas dziewczęca, smutna przez miłosne niespełnienie, ale też praktyczna, bo gdy tylko goście w pośpiechu odjeżdżają, natychmiast zasiada do ksiąg i połykając słone łzy, uzupełnia zaległe rachunki, no bo przecież, jak powtarza, trzeba pracować, samo się nie zrobi. Warto też zwrócić uwagę na mniejsze role – Tielegina w wykonaniu Grzegorza Sikory, szarego człowieka, unikającego konfliktów jak ognia, pogryzającego cały czas jabłka, jakby czynnością żucia i przełykania chciał się odciąć od świata. Świetnie wypada także Brygida Turowska jako Maria Wojnicka, dama uległa i pełna uwielbienia dla Sieriebriakowa, utrwalająca na przekór wszystkiemu i wszystkim tradycyjny układ sił. Jadwiga Grygierczyk znakomicie zarysowała postać starej służącej, ze zgrozą patrzącej, jak odchodzi w niebyt świat tradycyjnych wartości. Ona jednak nic już nie może. Bohaterowie są zanadto zajęci sobą, żeby jeszcze zwracać na nią uwagę. I na szklarnię, z której odchodzi życie.

TEKST STANISŁAW BUBIN, ZDJĘCIA DOROTA KOPERSKA

TEATR POLSKI W BIELSKU-BIAŁEJ, premiera 2 grudnia 2016, Anton Czechow „Wujaszek Wania”

Reżyseria – Waldemar Śmigasiewicz

Scenografia i kostiumy – Maciej Preyer

Muzyka – Mateusz Śmigasiewicz

Obsada

Wujaszek Wania – Michał Czaderna

Helena – Oriana Soika

Sonia – Daria Polasik-Bułka

Matka – Brygida Turowska (gościnnie)

Tielegin – Grzegorz Sikora

Doktor Astrow – Piotr Gajos

Sieriebriakow – Jerzy Dziedzic

Służąca, Niania – Jadwiga Grygierczyk

(Po premierze „Wujaszka Wani” Jadwiga Grygierczyk została odznaczona medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. GRATULUJEMY!)

 

 

Napisano w Aktualności

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress