MASAKRA, CZYLI MĘSKA KOMEDIA PO PIERWSZEJ ĆWIARTCE TEGO WIEKU

STANISŁAW BUBIN

Podstarzały, w ciasną sztuczną skórę odziany rockman Fistach, znakomicie zagrany przez Tomasza Lorka, zwracający uwagę wieloma talentami i wyglądem, każdą wypowiedź kolegów albo dłuższą opowieść kwitował stwierdzeniem „Masakra!”. Lub przekleństwem, lecz w miarę wypijanego alkoholu przeklinali wszyscy, więc to nie przykuwało aż takiej uwagi, jak soczysta, na różne sposoby akcentowana „Masakra!”. Słówko współcześnie często wypowiadane w zastępstwie kropki lub wykrzyknika. I rzeczywiście, przyjęcie weselne w męskim wydaniu stało się komediowym horrorem, masakrą obyczajową – nie piłą mechaniczną, lecz niewiele brakowało, by jego uczestnicy się nie pozabijali. Mocna rzecz w bielskim teatrze. I do śmiechu, i do płaczu!

Scena z przedstawienia. Fot. Dorota Koperska

Premiera przedstawienia w obecności autora odbyła się w sobotę 10 stycznia 2026 roku. Na Dużej Scenie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej zobaczyliśmy ponownie legendarną męską komedię „Testosteron” Andrzeja Saramonowicza w reżyserii Witolda Mazurkiewicza. Pierwsza premiera tej sztuki na bielskiej scenie (też z autorem na widowni) odbyła się dwadzieścia lat temu. Tamten spektakl z 2006 roku wyreżyserował Waldemar Patlewicz. Teraz jednak ujrzeliśmy trochę inny „Testosteron”, po liftingu językowym zrobionym przez samego Saramonowicza, po zmianie tła, kontekstu społecznego, gadżetów i w nowej obsadzie. Z poprzedniego składu ponownie pojawili się tylko, lecz oczywiście w innych rolach, Grzegorz Sikora (obecnie jako papa Stawros, jurny biznesmen greckiego pochodzenia) i wspomniany Tomasz Lorek, perkusista.

Jak wszyscy wiemy, onegdaj ta komedia obyczajowa w wydaniu teatralnym i filmowym zrobiła furorę, nie tylko w Polsce, ale i kilku innych krajach europejskich. Czy po dwudziestu latach nie zabrakło jej poweru, świeżości odkryć, intensywności i szokującej mocy? „Testosteron” stał się przebojem na początku stulecia, bo jako pierwszy odważnie, bez zahamowań i cenzury językowej ukazał męskie emocje, słabostki i poglądy na relacje z kobietami. Pierwotny „Testosteron”, zrealizowany w 2002 roku w (nieistniejącym już) warszawskim teatrze Montownia, z miejsca stał się przebojem. Teraz w Bielsku-Białej ponownie potwierdziła się zasada, że najbardziej lubimy te utwory, które już słyszeliśmy i dobrze znamy. Zadziałał efekt czystej ekspozycji (mere-exposure effect), mechanizm psychologiczny, w którym częste słyszenie czegoś sprawia, że staje się to dla nas przyjemne. Okazało się, że „Testosteron” made in 2026, po blisko ćwierćwieczu, ponownie spodobał się widzom i będzie hitem repertuarowym jak niegdyś. Poprawki dotyczące kontekstu społecznego, obyczajowego (i w nieznacznym stopniu politycznego) trafiły w gust widowni, bawiły wyraźnie i oddźwięk był donośny. A o to przecież chodziło. Nadal przy tym mamy do czynienia z tą samą oceną kryzysu męskości, co wówczas. Kryzys ten, niestety, jest stanem permanentnym. Przesłanie Andrzeja Saramonowicza pozostało czytelne także dla dzisiejszego widza.

Co przeważyło w pozytywnym odbiorze? Sądzę, że z jednej strony zdecydowała świeżość i innowacyjność realizacji, charakterystyczne dla Witolda Mazurkiewicza zacięcie farsowe (podkreślane na przykład cytatami z muzyki disco-polo), a także nowe (co nie oznacza, że odkrywcze) spostrzeżenia na temat rodzaju męskiego. Z drugiej zaś strony – po prostu sprawdził się pewniak inscenizacyjny, klasyk komedii grupowej. Zabawna, drwiną fastrygowana opowieść o męskości, o stałym zestawie męskich lęków, frustracji i stereotypów dotyczących kobiet, o bezsilności w relacjach męsko-damskich, chęci zdominowania płci przeciwnej (choćby w ujęciu werbalnym, bo w praktyce to często papuciowatość, kluchowatość i dulszczyzna). Ponieważ na przyjęciu weselnym panowie byli sami, tylko w swoim towarzystwie, i mieli do zjedzenia górę żarcia i do wypicia morze wódki, więc posługiwali się językiem dosadnym, ostrym, jakby wyniesionym wprost z piłkarskiej szatni. Im więcej przechylali i wlewali w siebie, tym wulgarniej się zachowywali, choć przecież byli wśród nich przedsiębiorcy, artyści, naukowcy, prawnicy. To dzisiaj też typowe, klasa intelektualna uwielbia rzucać mięsem, nawet na trzeźwo. Rynsztok nie omija żadnej grupy społecznej. Sztuka, która biła kiedyś rekordy oglądalności, wciąż pozostaje aktualna. Nadal „trudno być człowiekiem, kiedy jest się mężczyzną”.

W warstwie fabularnej, jak wiadomo, jest to rzecz o tym, jak niedoszły ślub jednego z bohaterów stał się pretekstem do analizowania własnej i kobiecej natury w męskim, siedmioosobowym gronie. Znakomitą restauracyjno-weselną scenografię przygotował Damian Styrna, a kostiumy zaprojektowała Katarzyna Paciorek w oparciu o kolekcję mody renomowanej firmy Herse 1868, partnera spektaklu. Muzykę (szkoda, że jej tak mało) opracował Jacek Obstarczyk, a konsultacjami choreograficznymi służyła twórcom Katarzyna Zielonka, dzięki czemu uczestnicy biesiady nie siedzieli cały czas za stołem, lecz tworzyli swoisty balet – a to się grupowali jak w kontredansie, a to się nagle rozpraszali jak figury zrzucone z szachownicy. To nadało przedstawieniu dynamiki – nie tylko pili, gadali i marudzili, lecz także grali na instrumentach, skupiali się przy oglądaniu zdjęć w komórkach, a nawet próbowali się bić, bo przecież alkohol i otępia, i agresję wywołuje.

Sukces przedstawienia to przede wszystkim jednak zasługa znakomitych aktorów Teatru Polskiego, świetnie bawiących się w swoim towarzystwie i dopasowanych do konwencji komedii: Michała Czaderny, Grzegorza Sikory, Piotra Gajosa, Grzegorza Margasa, Mateusza Wojtasińskiego, Sławomira Miski i Tomasza Lorka. Wszyscy oni zostali rewelacyjnie obsadzeni! Tomasz Lorek, jak wspomniałem, genialnie wcielił się w pechowego w uczuciach perkusistę Fistacha (cudowny epizod z rockiem chrześcijańskim), Piotr Gajos świetnie wykreował magistra Miśkiewicza (zwanego Robalem), naukowca-mądralę, Grzegorz Margas doskonale zarysował ciętą w języku postać Tretyna (nie mylić z kretynem!), a Sławomir Miska znakomicie stworzył z grubsza ciosanego kelnera Tytusa, chwalącego się na lewo i prawo swoimi podbojami łóżkowymi (po tatusiu to miał!). Z kolei Mateusz Wojtasiński jakby stworzony został do roli Janisa (Janusza), nieco sztywnego prawnika, brata pana młodego (póki alkohol w nim nie zaszumiał i pewne rzeczy nie wyszły na jaw). Michał Czaderna w roli Kornela, nieszczęsnego pana młodego (ale mającego swoje za uszami), też wypadł fantastycznie, a Grzegorz Sikora jako papa o greckich korzeniach, południowiec Stawros, koniecznie w białym garniaku, okazał się idealnym capo di tutti capi – szefem wszystkich szefów. I przy okazji Ojcem Roku!

Tak oto zyskaliśmy portret zbiorowy siedmiu gości weselnych – ojca i braci pana młodego, samego pana młodego, muzyka-perkusisty i kelnera. Ślub nie doszedł do skutku, gdyż Kornelowi, ornitologowi znanemu z uczestnictwa w programach telewizyjnych, pewna wzięta artystka estradowa przed ołtarzem powiedziała „nie”, dodając, że darzy uczuciem innego. Rozżaleni mężczyźni spotkali się zatem w restauracji i w oczekiwaniu na pozostałych gości (i na cud, który mógłby odmienić tę niezręczną sytuację) rozpoczęli biesiadę. Wpierw dali sobie w szyję po jednym, dla kurażu, a potem nabrali tempa. Wraz z wódką, zakąskami i rosnącymi procentami zaczęli się przed sobą otwierać i spowiadać. Popłynęły gorzkie żale, pretensje do innych, do świata, no i – last but not least – do kobiet. W każdym z nich bólu, cierpienia, krzywd ludzkich i głębokich cierni było pod dostatkiem. Jakoś tak w konkluzjach rozmów wychodziło im, że w swoich poglądach nie byli odosobnieni. Na końcu zwykle okazywało się, kto wszystkiemu był winny. Tak – to one! Wzajemnych rodzinnych pretensji też nie brakowało, jako że w młodości papa Stawros w podróżach służbowych lubił się zabawić z kobietami. Nieoczekiwanie zwykły kelner stał się dzięki temu Panem Kelnerem i dołączył do rodziny jako nieślubne dziecko Stawrosa. Niespodzianek wyszło więcej. Te opowieści barwnej treści, poszatkowane i wyrwane z kontekstu, nie byłyby pewnie tak zabawne, może nawet byłyby ponure, lecz złączone w całość dały efekt przekomiczny i ich przypadki seksualno-erotyczne wywoływały liczne salwy śmiechu. Co ciekawe, głównie ze strony damskiej widowni, panowie śmiali się trochę ciszej i dyskretniej, jakby w poczuciu winy.

W spektaklu mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym, nie z jednym głównym bohaterem, toteż aktorzy w grupie dają popis gry! Wypadli, co najważniejsze, naturalnie, swobodnie i wiarygodnie. Nie było to zadanie łatwe, przez bite dwie godziny trzeba było utrzymać uwagę widzów, w sztuce jest bowiem więcej gadania niż dziania się. Z uznaniem muszę przyznać, że siedmiu aktorów wyszło z tej powinności bezbłędnie. Z ich pozornie bezładnych wynurzeń wyłoniła się nasza twarda rzeczywistość. Zachowania groteskowe splotły się z knajpianym folklorem, a ten – z biologiczną wiwisekcją relacji międzyludzkich.

Duża w tym także zasługa autora scenariusza, który błyskotliwą narrację oparł głównie na krótkich, czasami ostrych jak brzytwa dialogach, by tym lepiej odsłonić tajniki męskiej duszy. Nie brakuje w sztuce ironii i zaskakujących opinii o kobietach i facetach. Jak również podlanych alkoholem szarż na ofensywny feminizm. Prób samczej dominacji. Humoru niekiedy wątpliwej jakości, dosadności i męskiej logiki (cokolwiek to znaczy). Emocji i powierzchownych ocen. Bywa też, że ocen nieoczekiwanie głębokich. Sosu filozoficznego i uniwersalnej perspektywy. Krótko mówiąc, życia! Dzisiaj takie przedstawienie to już żadna prowokacja, raczej pewien schemat, który jednak w ogólnym wydźwięku coś nam mówi o mężczyznach po pierwszej ćwiartce tego wieku. A co nam mówi, czy coś smutnego, czy odkrywczego – trzeba sprawdzić samemu. Zachęcam! Uprzejmie przy tym zaznaczam, że spektakl jest tylko dla widzów dorosłych.

TWÓRCY: Scenariusz – Andrzej Saramonowicz. Reżyseria – Witold Mazurkiewicz. Scenografia – Damian Styrna. Kostiumy – Katarzyna Paciorek. Opracowanie muzyczne – Jacek Obstarczyk. Konsultacje choreograficzne – Katarzyna Zielonka. OBSADA: Kornel – Michał Czaderna. Stawros – Grzegorz Sikora. Robal – Piotr Gajos. Tretyn – Grzegorz Margas. Janis – Mateusz Wojtasiński. Tytus – Sławomir Miska. Fistach – Tomasz Lorek. Premiera 10 stycznia 2026. ZDJĘCIA Dorota Koperska.

Napisano w Aktualności
Archiwum

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress